zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Woland. Diabeł, który zbawiał świat

Zresztą Woland musiał użyć specjalnych środków, by mieszkańcy zateizowanej Moskwy lat 30. XX w. uwierzyli w istnienie jego samego – czyli szatana – oraz kierowanej przez niego wampiro-diabelskiej szajki, która przybyła z zaświatów, by zorganizować… wielki bal potępieńców. Rozmowa z Wolandem, bohaterem powieści Michała Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”


Waszner, Wagner, Weiner, Wegner, Winter?
Woland.


Właśnie. Woland. Dlaczego większość osób, z którymi się zetknąłeś, nie mogła przypomnieć sobie twojego nazwiska?
Najwyraźniej obywatele ci byli rozhisteryzowanymi ćwierćinteligentami, którzy mieli problem, by odczytać nieskomplikowany tekst na mojej wizytówce.


Rzeczywiście wszyscy oni, bez wyjątku, byli rozhisteryzowani, ale to dzięki „rozrywkom”, które im fundowałeś. Po spotkaniu z tobą masowo trafiali do kliniki psychiatrycznej, aresztu albo, co gorsze… do kostnicy!
Masz na myśli przeceniającego racjonalną sferę życia literata Michała Aleksandrowicza Berlioza, redaktora miesięcznika literackiego i prezesa moskiewskiego stowarzyszenia literackiego, Massolitu?


Tak, tego, któremu po konfrontacji z tobą – na skąpanym w wiosennym słońcu moskiewskim skwerze – tramwaj odciął głowę.
Berliozowi tramwaj odciął głowę nie dlatego, że mnie spotkał, ale dlatego, że… wypił paskudny nieschłodzony napój morelowy o zapachu wody fryzjerskiej, po którym każdy normalny człowiek dostałby rozstroju nerwowego i nabawiłby się skłonności samobójczych.


To makabryczny żart?
Istotnie, to żart. Ja i moja świta, z którą przybyłem do Moskwy na delegację służbową, lubiliśmy żartować. Tak naprawdę Berlioz (choć prawdą jest, iż wypił wyżej wzmiankowany napój) zginął pod kołami tramwaju, bo komsomołka Annuszka wylała olej, na którym się poślizgnął i upadł na tory.


Jaka Annuszka? Doprawdy, trudno się z tobą porozumieć. 
Annuszka jest tu najmniej ważna. Ona była tylko narzędziem, dzięki któremu zrealizował się wyższy plan, zgodnie z którym Berlioz miał zejść ze świata w ściśle określonym czasie i według ściśle określonego scenariusza.


Ale rzecz w tym, że ty doskonale wiedziałeś, kiedy to nastąpi, o czym nie omieszkałeś go poinformować. 
Niestety, ten ignorant nie uwierzył. A zdawałoby się, że inteligentny z niego człowiek i że domyśli się, kim tak naprawdę jestem… Z drugiej jednak strony starannie wykształconemu ateiście trudno przyjąć do wiadomości, że właśnie spotkał szatana, który nie dość że przepowiada mu rychłą śmierć, to na dodatek zamierza zakwaterować się w jego pechowym mieszkaniu nr 50 na ulicy Sadowej (Moskwa borykała się z problemami lokalowymi) i ukraść jego odciętą głowę, by wykorzystać ją do ważnych zadań operacyjnych. 


Jakież to były zadania?
Cóż, spoczywał na mnie obowiązek corocznej organizacji pewnego ważnego eventu.


Mówisz jak rasowy PR-owiec.
Tak, można mnie uznać za szefa agencji PR-owskiej. 


Zarządzałeś wielce oryginalnym zespołem. Odznaczał się pozazdroszczenia godnymi kompetencjami.
O tak, kompetencje moich podwładnych były, nomen omen, nieziemskie. Ich działania, jeśli wymagała tego sytuacja, przeczyły wszelkim prawom fizyki. 


Ale też metody tych działań były dość niekonwencjonalne.
Rzeczywiście. Firma, którą reprezentuję, ma za sobą wielowiekową tradycję, specyficzny obszar działania i nietypowych klientów, dlatego musi budować swój wizerunek z fantazją, w sposób odbiegający od sztampy. I tak moi współpracownicy nie znosili głupkowatej, słodkiej, fałszywej uprzejmości, która niekiedy towarzyszy waszym PR-owcom. Jeśli ją stosowali, miała podtekst wybitnie ironiczny i zazwyczaj stawała się narzędziem do rozpracowania sprawiających problemy obywateli. Gdy na przykład podczas zorganizowanego przez nas występu w moskiewskim teatrze Variétés (trochę tam narozrabialiśmy) pewien powszechnie szanowany moskwianin na dyrektorskim stanowisku zakwestionował istnienie czarnej magii i domagał się jej zdemaskowania, wykonaliśmy trik, podczas którego moi podwładni zdemaskowali… jego nieuczciwość małżeńską w postaci romansu z artystką rejonowego teatru objazdowego, niejaką Milicą Andriejewną Pokobat’ko.


Uciekali się też do kłamstwa, podstępu i oszustwa.
Cóż, przyznasz, że wroga należy pokonywać jego własną bronią. A okazało się, że ziemskie standardy postępowania są… z piekła rodem. Zdarzyło nam się zatem wyeliminować z życia społecznego kilku uciążliwych jegomości: jednego teleportowaliśmy do Jałty; innego sprowokowaliśmy do działań korupcyjnych (z udziałem zagranicznej waluty), na skutek czego trafił do aresztu, a ostatecznie do kliniki psychiatrycznej; kolejnego doprowadziliśmy do histerii, przepowiadając mu szybkie zejście na raka wątroby. Owszem, zrobiliśmy ponadto nieco zamieszania, powodując, że eleganckie kreacje kobiet nagle w miejscu publicznym zamieniały się w bieliznę, a radzieckie banknoty w etykiety z wody mineralnej. Nie przeczę, że sparaliżowaliśmy też pracę kilku publicznych instytucji, czy to uprowadzając ich dyrektora (ale pozostawiając za biurkiem jego garnitur, który, ożywiony, doskonale wypełniał dyrektorskie zadania), czy to programując urzędników tak, by co jakiś czas wspólnie intonowali znaną pieśń, co utrudniało im wykonywanie obowiązków. Ale przysięgam, każdy dostał to, na co zasłużył. 


Czyżby niektórzy spośród nich zasłużyli na guza? Bo twój personel nie unikał też rękoczynów.
Ależ oczywiście, że zasłużyli. Ale nie używajmy wielkich słów, nie dramatyzujmy. Od razu rękoczyny. Po prostu, jeśli trzeba było komuś dać w mordę, wysyłaliśmy Azazella, mojego podwładnego od mokrej roboty, który był niskim barczystym, płomiennorudym jegomościem, właścicielem wystającego kła i bielma na oku. Choć uczciwość każe mi zaznaczyć, że do tego typu akcji nadawał się też nieźle Behemot, olbrzymi kot paradujący zazwyczaj na tylnych łapach.


Osobliwe…
Tak… przednie łapy były mu potrzebne do innych czynności, takich jak trzymanie kieliszka z wódką i widelczyka z grzybkiem, którym zwykle zakąszał. Ale gdy wymagała tego sytuacja, potrafił wbić koci pazur w łysinę niesfornego nicponia lub porządnie trzepnąć go w ucho. No i mieliśmy jeszcze Hellę, rudowłosą, zazwyczaj nagą piękność, którą szpeciła ogromna blizna na szyi. Ta przebiegła wampirzyca jednym ukąszeniem werbowała w nasze szeregi praworządnych obywateli, którzy przez całe swe życie upierali się, że diabeł i wampiry nie istnieją.


A kto, poza tobą, zajmował się bardziej wyrafinowaną robotą?
Ten łobuz, oszust i prowokator Korowiow vel Fagot, który przedstawiał się niekiedy jako były dyrygent cerkiewnego chóru. Wysoki, chudy, o szyderczej facjacie i małych przebiegłych oczkach, uwielbiał wyprowadzać w pole frajerów, którzy zazwyczaj brali go za poczciwca. I tak gdyby wpadł teraz do Warszawy, to zorientowawszy się, że jakiś niefrasobliwy poseł z rodziną rozbija się taksówkami za publiczne pieniądze – w najlepszym wypadku wywołałby u niego chroniczną czkawkę lub wywiózł go na peryferie i zamienił taksówkę w żółwia, a gdyby miał akurat zły humor – wpakowałby do przewodu wentylacyjnego w toalecie pechowca trefne dokumenty i nasłał na niego Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. 


Twój team dokonywał rzeczy nadzwyczajnych i zapadł głęboko w pamięć mieszkańców Moskwy. Ale i dziś w tym mieście nie brakuje utalentowanych magów i cudotwórców. Weźmy choćby tych, którym udało się zorganizować zimowe igrzyska olimpijskie w Soczi, największym… letnim rosyjskim kurorcie, gdzie klimat sprzyja raczej opalaniu się niż mroźnym rozrywkom.
Nie obrażaj mnie takim porównaniem. Ja przygotowałbym tę olimpiadę, wypowiadając jedno zaklęcie i pstrykając palcami. Nie potrzebowałbym 50 miliardów dolarów. Nie musiałbym się uciekać do produkowania sztucznego śniegu i malowania trawy. Nie degradowałbym środowiska naturalnego, nie wysiedlał mieszkańców, by wznieść stadiony, ani nie zatrudniał zagranicznych robotników za psie pieniądze. A ponieważ tak bezinwazyjne działania nie przysporzyłyby mi wrogów i krytyków, nie musiałbym nikogo wysyłać do karnych kolonii. Mam nieodparte wrażenie, że wielu decydentów, nie tylko zresztą rosyjskich, prędzej czy później będzie bohaterami mojego corocznego eventu…


Właśnie, zdradźże wreszcie cóż to za przedsięwzięcie.
Wielki wiosenny bal u szatana, zwany balem pełni księżyca, dla tych, co po śmierci trafili do królestwa cieni. Któż na nim nie bywał! Podejrzanej konduity królowie i książęta, samobójcy, wisielcy, więzienni dozorcy, szulerzy, kaci, konfidenci, tajniacy, deprawatorzy, trucicielki i mordercy, którzy wybrali inny model działania. Czy wyobrażasz sobie coś podobnego?


Niczym nie zaskoczysz współczesnego człowieka. Oczywiście, że sobie wyobrażam. Obecnie w Polsce na mocy pewnego prawnego bubla będą opuszczać więzienia oporni na resocjalizację zabójcy, gwałciciele i sadyści, kiedyś skazani na karę śmierci, która nie doszła do skutku. My również możemy mieć tu niezły bal. Zresztą, szczerze mówiąc, „tancerzy” to my mamy pod dostatkiem, nie tylko w więziennych kręgach.
Nie chcę polemizować, ale śmiem twierdzić, że my bawimy się w lepszym stylu i z większym rozmachem.


A gdzie urządzasz te pohulanki? Wynajmujesz dworek czy strażacką remizę? A może gustowną kryptę? 
Ależ skąd! Będąc w Moskwie, zaadaptowałem mieszkanie Berlioza. Pojawiły się w nim schody, wielki hol, pełen trunków malachitowy basen i kominek, przez który wchodzili przybysze.


Intryguje mnie, do czego wykorzystałeś głowę literata.
Odegrała kluczową rolę. Zamieniliśmy ją w kielich, z którego, wraz z Małgorzatą, wypiliśmy życiodajną krew pewnego niegodziwego barona.


Kimże była owa tajemnicza niewiasta?
Trzydziestoletnią utalentowaną mieszkanką Moskwy, którą zwerbowaliśmy do współpracy, ponieważ tradycja nakazuje, że każdy bal musi mieć swą gospodynię – koniecznie o imieniu Małgorzata.


I ty, wszechpotężny diabeł dysponujący sprawnym i wydajnym zespołem, musiałeś uciekać się do rozwiązań outsourcingowych i szukać gospodyni balu w świecie ludzi?! A tak w ogóle dlaczego wybraliście właśnie tę konkretną Małgorzatę?
Jako jedyna spośród przetestowanych przez nas Małgorzat miała zadatki na wiedźmę. Była błyskotliwa, dowcipna, wielkoduszna, honorowa i litościwa. No i bardzo nieszczęśliwa z powodu utraconej miłości. A my, w ramach rewanżu, obiecaliśmy jej pomóc odzyskać ukochanego – Mistrza. Ale to już opowieść na inne spotkanie.


Oświeć mnie, proszę, bo nic nie rozumiem. Ty, szatan, książę ciemności, cenisz takie cechy jak wielkoduszność, litościwość i miłosierdzie?!
Zobacz, do jakiej degrengolady doprowadziliście mnie wy – ludzie. Sparaliżowaliście działania mojego resortu. Aby diabeł mógł wypełniać swoje obowiązki, na świecie musi istnieć choć odrobina dobra. Bo zło ma sens tylko wtedy, gdy występuje wespół z dobrem, z którym nieustannie toczy wojnę. Tymczasem w waszym świecie zetknąłem się z czystej wody szubrawcami. Miałem wrażenie, że przybyłem z piekła do piekła. 


I żeby przywrócić światu konieczny ład, postanowiłeś zabłysnąć przyzwoitością.
Tak, to niewiele mnie kosztowało. Można by rzec, że było owocem nadmiaru sił nadprzyrodzonych, ubocznym efektem moich działań – i pozostawało w zgodzie z moją naturą. Bo, jak wiesz, jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro.


W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.

Urzeczeni niezwykłością tego kraju postanowiliśmy opisać to, co przez kilka dni udało nam się tu zobaczyć, czego posmakować i czym nacieszyć oczy
 

Sztuka jako odtrutka na rzeczywistość. Sztuka jako lustro, bo kto inny pokaże dosadniej? I wreszcie sztuka jako wyraz kontestacji.