Lubiłeś oryginalne rozrywki. Prosiłeś przyjaciół, by układali epitafia, które miały zostać wyryte na twoim nagrobku. Najbardziej przypadła ci ponoć do gustu propozycja brzmiąca: „Oto prawdziwy kamień filozoficzny”.
Niezłe mieli o mnie mniemanie ci moi przyjaciele, nieprawdaż? Ale jeśli wziąć pod uwagę teorię, że z kamienia filozoficznego można wytworzyć eliksir życia gwarantujący nieśmiertelność, to jednak słaby był ze mnie zawodnik. Zapadłem bowiem na choróbsko, które pozwoliło mi znaleźć dziurę prowadzącą w zaświaty.
Ale szukałeś jej 91 lat. To imponujący wiek, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że żyłeś w XVII stuleciu. Może to codzienne spacery i kontakt z naturą pozwoliły ci tak długo cieszyć się zdrowiem?
Z pewnością. Ale również rozsądne korzystanie z wina i cielesnych uciech, regularne masaże, gra w tenisa i codzienne śpiewanie sentymentalnych pieśni – w myśl obowiązującej i w waszych czasach zasady, że śpiewać każdy może. Tyle że ja dawałem upust wokalnemu talentowi wieczorami, leżąc w łóżku. Nie katowałem milionów słuchaczy przed telewizorami – które jeszcze nie istniały – jako pożałowania godny uczestnik jakiegoś talent show.
Wracając jednak do natury… Skoro ci służyła, to dlaczego pisałeś, że życie w stanie natury jest „samotne, ubogie, okropne, prymitywne i krótkie”?
Pisałem tak, bo tak właśnie jest. Nie możesz mylić rekreacyjnego obcowania z przyrodą z przypominającym horror życiem w stanie natury.
Sądzisz, że życie Robinsona Crusoe na bezludnej wyspie było horrorem?
Cóż, sytuacja tego jegomościa zapewne nie była łatwa. Każdego dnia walczył o przetrwanie. Ale zapewniam cię, byłoby o wiele gorzej, gdyby przebywał na wyspie z gromadą innych osób.
Dlaczego? Wydaje się, że to właśnie samotność jest niewyobrażalnie trudnym doświadczeniem w życiu człowieka.
W grupie i tak byłby samotny. Ludzie w stanie natury dbają wyłącznie o własny interes. Są zalęknionymi, walczącymi o przetrwanie egoistami. Kierują się tylko popędami, takimi jak strach przed śmiercią, potrzeba bezpieczeństwa i żądza władzy nakazująca im zapanowanie zarówno nad innymi ludźmi, jak i nad środowiskiem. Nie cofną się przed niczym, by zaspokoić swoje potrzeby i osiągnąć swoje cele. A ponieważ owe cele nierzadko są sprzeczne, stan stosunków międzyludzkich to permanentna wojna wszystkich przeciwko wszystkim. W stanie natury, gdy każdy ma prawo do wszystkiego, człowiek jest człowiekowi wilkiem.
Ludzie są nastawieni do siebie wrogo nie tylko wtedy, gdy żyją w stanie natury.
Tak, ale wtedy jest to wyjątkowo niebezpieczne. Tu nie działają bowiem żadne ograniczające ludzi prawa i obowiązki. Wszystkie chwyty są dozwolone, jeśli tylko pozwalają przetrwać. Kto nie ma wystarczająco dużo siły, jest na straconej pozycji. Wie, że nie uda mu się nic wywalczyć. Mało kto wytrzymuje taką presję. Świadomość, że w każdej chwili można wypaść z obiegu, jest wyjątkowo zatrważająca.
Oj, zdaje się, że wiary w człowieka i w międzyludzką solidarność ci nie zbywa. Nie prościej byłoby opromienić stosunki interpersonalne światłem Dobra, Piękna i Prawdy, jak to czynili twoi koledzy po fachu?
Właśnie, moja filozoficzna misja polegała na tym, by odkręcić te bzdury wymyślone przez nawiedzonych naiwniaków. Przekonanie o istnieniu bytów ogólnych, rozpowszechnione przez Platona i średniowieczną pseudonaukę zwaną scholastyką – której główną podporą była teologia – jest tak samo niedorzeczne jak przeświadczenie, że człowiek to istota społeczna, potrzebująca do życia innych ludzi, czego dowodził m.in. Arystoteles. Zapamiętaj, że Dobro, Piękno, Prawda to tylko nazwy, pod którymi nie skrywają się żadne byty. Na świecie istnieją wyłącznie atomy rządzone prawami mechaniki.
Chcesz powiedzieć, że nasze życie psychiczne, uczucia, pragnienia i sny mają naturę cielesną?
Oczywiście. Wszystko to jest ruchem atomów w naszym ciele.
Dobrze, a zatem poruszające się w twojej głowie atomy wykombinowały, że skoro życie w stanie natury jest dla człowieka uciążliwe i przynosi szkody, należy je porzucić i zawrzeć umowę społeczną, na mocy której każdy zrzeknie się części swych roszczeń, a w zamian dostanie poczucie bezpieczeństwa.
Tak. Właśnie opisałaś pokrótce mechanizm powstawania państwa. To krępująca wolność umowa społeczna, okrutny kompromis, który kłóci się z naturą człowieka, ale wynika z jego rozsądku i obawy.
Czyli staliśmy na deszczu, a wpadliśmy pod rynnę. Sam określasz państwo mianem lewiatana, biblijnego morskiego potwora, który sieje postrach. Nie brzmi to zachęcająco.
No cóż, coś za coś. Lewiatan pożera indywidualne pragnienia i aspiracje. Zabiera władzę egoistycznym jednostkom. Daje zaś prawo i obowiązki. Wraz z prawem rodzi się obiektywna miara dobra i zła, normy dające ład, pokój i chroniące nas przed nieprzewidzianymi ciosami poniżej pasa, jakich można się spodziewać, żyjąc w stanie naturalnym.
Twoja teoria superpaństwa-lewiatana musiała nieźle namieszać w umysłach twardogłowych. Strąciłeś z piedestału człowieka, uznając go za fragmenty materii i ruchu i kreśląc jego mało wysublimowany obraz w stanie przyrodzonym; przyznałeś absolutne uprawnienia władzy monarszej, jednocześnie odrzucając ideę boskiego prawa monarchy do rządzenia i uzależniając je wyłącznie od skuteczności władcy; wreszcie postulowałeś odebranie wszelkich uprawnień Kościołowi katolickiemu, który też miał się podporządkować monarsze.
Oj, gdy moja koncepcja ujrzała światło dzienne, zaczęła się ostra jazda. Nazywano mnie „monstrum z Malmesbury”, „arcyateistą i arcybezbożnikiem”, „dzikim zwierzem swego wieku”, „straszydłem narodu”. Jestem w stanie to zrozumieć. Moje postulaty były trudne do przełknięcia. Najchętniej zastąpiłbym religię racjonalnym poglądem na świat i usunąłbym kler. Ale ponieważ zdawałem sobie sprawę, że to niemożliwe, postulowałem pozostawienie jednej religii – ale typu protestanckiego. Uznanie religii związanej z papiestwem mogłoby skutkować buntami przeciwko władzy państwowej. Poza tym uważałem, że przedstawicieli kleru należy traktować jak państwowych urzędników pełniących zlecone im obowiązki.
Chciałeś też odklerykalizowania uniwersytetów i nie nazywania teologii dyscypliną naukową.
Owszem. I choć angielska ciemnota mnie bojkotowała i paliła na stosie moje dzieła, i choć modne stało się powiedzenie „hultaj, łajdak, bo hobbesowiec”, wiele moich postulatów nie przeszło bez echa. Ostatecznie anglikański kler osłabł i przestał zagrażać władzy państwowej. Jeszcze za mojego życia odebrano mu także prawo palenia na stosie „heretyków”, a później zniesiono także karę śmierci za tzw. czary.
Nie jesteś jedynym teoretykiem państwa. Nie mniej znani są choćby John Locke czy John Stuart Mill. Ale byli oni zdecydowanymi przeciwnikami dyktatur, a u ludzi dostrzegali skłonność do altruizmu. Może i ty dałbyś się dzisiaj przekonać do życia w demokracji?
Twoje niedoczekanie. Ja, filozof, który zrobił karierę na koncepcji lewiatana, uznany przez wielu za geniusza wyprzedzającego swą epokę, miałbym dokonać takiego aktu wiarołomstwa wobec samego siebie i swoich zwolenników? Demokracja! Dobre sobie! Rządy ludów. Ludów, które łatwo dają się manipulować byle demagogowi! Poza tym, czy myślisz, że we współczesnych demokracjach nie czają się Wielcy Bracia? Twoje demokratyczne państwo jest w stanie rozpracować cię w kilka minut. Zna twoje dane osobowe, wie, jakie płacisz podatki, na co się leczysz i jak przebiegała twoja edukacja. Jeśli zechce, przetrząśnie twój telefon i twardy dysk komputera. A jeśli uzna za stosowne, wyśle ci rankiem do domu delegację złożoną z przedstawicieli policji lub ABW. Ewentualnie podejmie bardziej misterne działania, wysyłając CBA pod postacią agenta o anielskiej urodzie, który, nim zrujnuje ci życie, będzie pisał dla ciebie wiersze, jadał z tobą wystawne obiady w renomowanych restauracjach i obdarowywał kwiatami. Już ja tam wolę swojego monarchę-lewiatana, bo to taki Wielki Brat, co trzyma krótko, ale działa jawnie, nie korzystając z żałosnych przykrywek.