zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Szymon Brodziak. Jesteś tym, co widzisz

„Rzeczywistość mi nie wystarcza. Staram się kreować własne światy, żeby dać upust swojej wyobraźni oraz żeby zaprosić do tego świata odbiorców mojej sztuki. Bardzo ważne jest dla mnie, żeby moje fotografie były zaproszeniem dla odbiorców do tworzenia ich własnych wizji oraz by nie można było przejść obok nich obojętnie. Stąd moje artystyczne motto: Jesteś tym, co widzisz. To ono zawiera w sobie tą moc interpretacji, którą ma w sobie każdy z nas”.Szymon Brodziak to nie tylko „mistrz zmysłowości”, jak nazywa go zagraniczna prasa, czy monochromatycznej fotografii. Szymon Brodziak to marka (Galeria Brodziak), to Bolesław Leśmian uniwersalnego języka obrazu. Nikt tak jak on nie potrafi kreować własnych abstrakcyjnych i fascynujących światów. Artysta otrzymał liczne międzynarodowe nagrody na konkursach w Stanach Zjednoczonych i Europie, w tym trzy złote medale na Prix de la Photographie Paris 2012, zarówno za kampanie reklamowe, jak i projekty autorskie. Do historii przejdzie jako najmłodszy fotograf wystawiający swoje prace w Fundacji Helmuta Newtona w Berlinie oraz jako zwycięzca konkursu Top10 Black & White Photographers of the World 2019. Gdzie jest Brodziak, tam jest piękno, kobieta, tajemnicza sceneria i niespodzianka. Jego fotograficzna wizja jest niekonwencjonalna, zdecydowanie niepowtarzalna, a każde ze zdjęć – jak mówi – jest kadrem z filmu, który ma dopiero powstać – w wyobraźni odbiorcy. Jesienią tego roku Brodziak wydaje drugą książkę, która ma być uzupełnieniem pierwszej publikacji z 2014 roku zaprezentowanej w Rzymie, BRODZIAK One, a jego kolejnym marzeniem jest zrealizowanie ekskluzywnego Kalendarza Pirelli na rok 2021. W tegorocznej edycji konkursu Px3 2019, projekt nowego albumu Brodziaka Jesteś tym, co widzisz otrzymał Złoty Medal (Okładka) i dwa Brązowe Medale (Book: Fine Art, Other). Jego kolejnym marzeniem jest zrealizowanie ekskluzywnego Kalendarza Pirelli na rok 2021.

Odpowiadasz na moje pytania w drodze do Luksemburga. Dokąd tym razem niesie cię twoja intuicja artysty? Nad czym obecnie pracujesz? 
Jadę do Luksemburga, ponieważ wystawiam tam w roli galerysty swoje prace na Targach Sztuki Współczesnej. Galeria Brodziak jest jednym z przejawów mojej działalności artystycznej. Założyłem ją pięć lat temu. Jej misją jest propagowanie fotografii jako dziedziny sztuki, a także jej promowanie. Zależy mi na tym, żeby moja fotografia żyła nie tylko przez czas trwania kampanii reklamowych lub podczas jednej publikacji edytorialu, czy katalogu mody stworzonego na zlecenie, ale chciałbym, żeby te fotografie funkcjonowały przez dłuższy czas, we wnętrzach prywatnych, czy w przestrzeniach publicznych. Chcę, aby moje fotografie mogły te miejsca upiększać i powodować, iż ludzie będą widzieć w nich swoje historie. Stąd moja wyprawa do Luksemburga. Tu poszukuję nowych kontaktów, chcę dotrzeć z moimi dziełami do jak najszerszej grupy odbiorców wrażliwych na sztukę. Wychodzę poza „strefę komfortu”, czyli poza granice Polski, w której jestem już całkiem rozpoznawalny, i szukam nowych wyzwań. 
Obecnie pracuję nad publikacją nowej książki – albumu fotograficznego, który podsumuje ostatnich 7 lat mojej twórczej pracy, ale też nawiąże do początków fascynacji fotografią. Opisuję tam różne procesy twórcze. Kiedy w 2014 roku wydałem mój pierwszy album One (premiera w Rzymie), był to stricte fotograficzny album, podsumowanie pierwszych 10 lat jako fotografa artystycznego i komercyjnego. Teraz mam potrzebę uzupełnienia mojej pracy fotograficznej komentarzem, który zahacza o proces twórczy, pokazuje backstage, kulisy pracy. Dlatego też do tej publikacji powstaje esej autorstwa Sławki Sadowskiej, z którą pracuję na planie od samego początku, od prawie 20 lat. Mogę powiedzieć śmiało, że Sławka, wizażystka, felietonistka, artystka, jest najbardziej wskazaną osobą do tego, żeby te procesy twórcze na przestrzeni dwóch dekad opisać. To nie jedyny tekst, który pojawi się w książce. Będą tam też fragmenty wywiadów, kilka słów ode mnie oraz teksty kuratorskie, które rzuciły nowe spojrzenie na to, co i jak tworzę. Nowa publikacja powinna ukazać się jesienią tego roku. 
To obecnie mój główny projekt, który pochłania większość mojej energii, oprócz oczywiście prowadzenia dwóch galerii fotografii w Poznaniu i Warszawie oraz galerii online na stronie www.szymonbrodziak.com. Między tym wszystkim staram się znaleźć też czas, żeby nadal robić zdjęcia i realizować swoje pomysły artystyczne. Niedawno robiłem sesję w ogromnym archiwum biura architektonicznego ADS w Poznaniu, z którym mam serdeczne relacje i dzięki temu miałem dostęp do niebywałych wnętrz archiwalnych. Zawsze marzyłem, żeby w te wnętrza wkomponować modelkę. Jest to jeden z tych nowych projektów, który wejdzie do publikacji. Materiał, jak widzisz, jeszcze powstaje zarówno w zakresie fotograficznym, jak i merytorycznym. To jest mój harmonogram działania na ten rok.


Często podróżujesz? Nie pociągała cię nigdy fotografia reportażu? 
Podróżuję często i podróże uwielbiam. Są niesamowicie inspirujące i dają poczucie dystansu do świata, w którym żyję na co dzień. Poszerzają horyzonty. Często łączę je z fotografowaniem, jednak nie jest to nigdy fotografia reportażowa. Owszem, na samym początku mojej przygody z fotografią robiłem takie zdjęcia. Z czasem tworzenie własnych światów okazało się dla mnie o wiele bardziej pociągające. To, co było w otaczającym mnie świecie, nie pozwalało mi się spełnić artystycznie. Często podróżując, nie tylko w związku z pracą, miałem przyjemność fotografować w Europie: w Paryżu, Rzymie, Mediolanie, na Sycylii, na Lanzarote, w Turcji, Tunezji, Maroku, na pustyniach Kataru oraz w Azji: w krajach takich jak Indie, Kambodża i moja ukochana Tajlandia. Jest jeszcze bardzo ważna dla mnie Kostaryka, gdzie zostałem zaproszony przez Leonorę Jiménez do stworzenia edytorialu do jej magazynu modowego Traffic. To też była ogromna przygoda. Jednym słowem pracuję w krajach, gdzie jest dużo słońca i światła. Światło jest dla mnie bardzo ważne. Pracuję tylko w ciągu dnia. 
Z tych wszystkich miejsc szczególnie jest mi bliska Lanzarote. W mojej nowej publikacji będzie sporo zdjęć z tej niesamowitej, magicznej, „księżycowej” wyspy. Do Tajlandii wracam bardzo często ze względu na pogodę, ludzi i wyśmienitą kuchnię. Uważam, że jest to nieskończenie inspirujący kraj. Moją najtańszą i najbardziej kapryśną modelką, z którą podróżuję, jest moja przepiękna żona Ania. Czasami na planie potrafi być marudna i mówi „kończ już, już to masz!”. Nasze sesje bywają przez to trudne i krótkie, ale nierzadko są spektakularne. To z nią powstało moje słynne zdjęcie Kwiat wykonane na Lanzarote, gdzie podwiana spódnica Ani odsłania jej nogi. To moje ikoniczne zdjęcie, które znajduje się jako unikat, czyli egzemplarz 1/1, w prywatnej kolekcji poznańskiego marchanda. Wiele sesji zrobionych za granicą ujrzy światło dzienne w nowym albumie. Ich zapowiedzią są dwie fotografie z cyklu Labirynt. Są dostępne już w moim portfolio i w ofercie galeryjnej. 


Według Fashion TV jesteś najlepszym na świecie fotografem czarno-białych kampanii reklamowych. Skąd miłość do reklamy? Jakie najtrudniejsze zlecenie reklamowe dostałeś kiedykolwiek?
Nigdy nie wyznawałem miłości reklamie jako takiej. Myślę, że też nigdy nie rozgraniczałem mojej twórczości na działalność artystyczną i reklamową. Staram się w tym co robię wyrażać siebie, wtedy to daje najlepsze efekty. W związku z tym kiedy dostaję komercyjne zlecenie, traktuję je jako osobisty projekt. Tworzę dla kogoś, jednocześnie spełniając się jako artysta. To wymarzona sytuacja dla każdego artysty – działać jak się chce i spełniać czyjeś potrzeby, a przy tym zarabiać pieniądze. Nie postrzegam siebie jako fotografa reklamowego, robię swoje. Lecz jeśli przyjąć, że formą reklamy jest kalendarz, to warto wspomnieć o bardzo skomplikowanym projekcie, który robiłem ze wspomnianą już Leonorą Jiménez, supermodelką z Kostaryki. Chciałem w ten projekt wkomponować scenę z filmu Constantine, tzw. crash test, czyli moment, kiedy pewien człowiek wychodzi na ulicę, wpada w niego samochód, który się rozbija w drobny mak, a ta osoba pozostaje niewzruszona. Ta sesja wymagała ode mnie ogromnych przygotowań organizacyjno-logistycznych trwających pół roku. Sześć miesięcy poszukiwań rozbitego auta, odpowiedniego miejsca, złomowiska, potem tzw. location scouting, czyli dokładne zwiedzenie lokalizacji, pod kątem poszukiwania kadrów do stworzenia scenariusza sesji. To właśnie konkretne miejsce inspiruje mnie najbardziej do tego, żeby budować moją historię. To nie kobiety mnie inspirują, ale lokalizacje, w których mogę nadać role tym kobietom. To jest sedno mojego procesu twórczego. Kolejnym etapem jest rozmowa z moją ekipą: makijażystką, stylistką, fryzjerem. To moja święta trójca, która pomaga mi osiągnąć synergię twórczą i wspólnie dobudować pewne elementy do ostatecznej wizji. Bez nich moje zdjęcia nie wyglądałyby tak, jak wyglądają. Na mojej stronie www.szymonbrodziak.com można zobaczyć backstage z tej oraz wielu innych sesji. Ważne jest też to, żeby mieć konkretny scenariusz działania, żeby każdy z grupy wiedział co robimy i jaki jest plan. Jednak scenariusz to tylko punkt wyjścia, a często pomiędzy tymi punktami powstają najbardziej zaskakujące zdjęcia, których nie planowaliśmy, ale które by nie powstały, gdyby nie ten konkretny plan. Możliwość realizacji takich wymyślonych światów i tworzenie zaskakujących kadrów ma w sobie niesamowitą magię. To jest to, za co kocham fotografię.


Można powiedzieć, że znajdujesz się teraz w szczytowym punkcie kariery. Zostałeś doceniony w kraju i za granicą, a przede wszystkim jesteś najmłodszym artystą, któremu udało się wystawić swoje dzieła w Fundacji Helmuta Newtona w Berlinie… 
Osiągnięcie szczytu kojarzy mi się ze spełnieniem marzeń, ale też z tym, że trzeba będzie z tego szczytu zejść, zatem wolałbym myśleć o swojej karierze, iż jest nadal w trakcie docierania do celu. Wszystko co najpiękniejsze jest nadal przede mną. Wiele udało mi się do tej pory osiągnąć w zakresie czarno-białej fotografii. Wystawa w Fundacji Newtona była całkowitym spełnieniem marzeń i najbardziej prestiżowym wydarzeniem w moim życiu. Kilka tygodni temu otrzymałem też 1. nagrodę w konkursie Top10 Black & White Photographers of the World oraz Złoty Medal w Paryżu za okładkę albumu, nad którym właśnie pracuję. Są to momenty, w których dostajesz feedback, że to co robisz ma sens, ma wartość i jest doceniane przez autorytety. To dodaje skrzydeł, tak jak codzienne opinie z social mediów od moich fanów. To mnie motywuje do dalszego działania, dzielenia się pięknem i odkrywania siebie na nowo. Nie tworzę, broń Boże, dla nagród – traktuję je jako skutek, a nie przyczynę moich działań. One są wynikiem pewnego procesu, który powoduje, że ciągle się rozwijam, ale nie jest to spektakularny przeskok na inny poziom. Podstawą tego rozwoju jest ciężka i systematyczna praca, budowanie swojego portfolio w sposób świadomy, pokazywanie światu tego, w czym jest się najlepszym. To procentuje w czasie i powoduje, że ludzie interesują się tym, co robisz i zlecają ci takie a nie inne tematy, które z tego portfolio wynikają. Cykl się zamyka. Tak buduje się markę. Inna sprawa to wysyłanie prac na konkursy i wystawy, docieranie w świecie realnym do coraz to nowych odbiorców. June Newton, żona Helmuta, wyjątkowa kobieta, doradziła mi, żebym pokazywał swoje prace wszędzie, gdzie tylko mogę i nie czekał na wystawy w muzeum. „Zrób wystawę w restauracji, zatrudnij się w niej jako kelner i opowiadaj gościom o swojej twórczości”, doradziła mi June. Z tej rady jeszcze nie skorzystałem, ale wierzę w pracę u podstaw, jeśli chodzi o promowanie własnej twórczości i jestem żywym tego przykładem. Konsekwentna praca po wielu latach daje efekty.


Twoje motto brzmi: „Jesteś tym, co widzisz”. Na swojej stronie piszesz, iż twoja fotografia to kreowanie czarno-białych światów, tworzenie emocji. Jak sam siebie postrzegasz poprzez pryzmat twoich prac? Kim się czujesz fotografując?
Uważam, że moje motto idealnie opisuje to, co myślę o fotografii. Jestem zdania, że nie ma większego znaczenia, co myślę robiąc zdjęcia, nie ma znaczenia moja wizja. Ona jest ważna dla samego procesu twórczego, ale nie mam wpływu na to, jak zostanie odebrana przez ludzi. Piękne jest to, że w tym samym obrazie każdy może dostrzec coś innego, co poruszy jego wyobraźnię, wspomnienia, niespełnione potrzeby, wizje. O tym traktuje moje motto, o tej mnogości interpretacji – każdy może dostrzec to, co chce. Nie lubię tłumaczyć swoich zdjęć. Gdy patrzę na siebie przez pryzmat pierwszego albumu, przyznaję, iż jest to niezły materiał na psychoanalizę, ale się w to nie zagłębiam. To forma mojej ekspresji, której nie chcę tłumaczyć. Fotografia daje mi pewną moc kreowania własnych światów, jest wymówką, by robić rzeczy, których normalnie w życiu nigdy nie mógłbym zrobić ani zobaczyć. To są często abstrakcyjne sceny. Nie wiem, czemu to robię, ale wiem, że to, co robię, jest piękne. Stając za obiektywem staję się na chwilę stwórcą, reżyserem własnych światów. To jest niesamowite mistyczne uczucie siły sprawczej, gdzie inni ludzie z którymi tworzę, podzielają mój entuzjazm, zaangażowanie i wspólnie możemy kreować nową jakość, nową odsłonę piękna. Fotografując czuję podniecenie artystyczne, euforię, władzę, ale też stres i odpowiedzialność. Każdy fotograf podejmujący się realizacji jakiegoś projektu to czuje. Reżyserujesz twój kawałek rzeczywistości, ale angażujesz w to wielu innych ludzi, ich czas, energię i często niemałe budżety. Dlatego to, co robisz, musi dać końcowy efekt, który inni uznają za równie atrakcyjny, mocny i pociągający. Zdjęcie musi wyzwalać emocje. Dla mnie fotografie są kadrami z filmu, który nigdy nie powstał. Najpiękniejsze zdjęcia to takie, które pozwalają odbiorcy odtworzyć jego własny film. 


Skąd czerpiesz pomysły do tworzenia tak oryginalnych zdjęć? Masz swoich mistrzów? A może twoja pasja do architektury ma na twoje spojrzenie artystyczne decydujący wpływ?
Moim mistrzem jest Helmut Newton. To absolutny mistrz fotografii, buntownik, facet, który zredefiniował fotografię mody i reklamy w ubiegłym wieku. Był prowokatorem i to mi się w nim podobało – nie bał się opinii innych, swoje poczucie humoru przekazywał za pomocą obrazu. Jego śmiałość zapierała dech w piersiach. Moim idolem jest też Peter Lindbergh, który do dziś tworzy czarno-białe obrazy. Jest moim guru, jeśli chodzi o umiejętność pokazania intymności i delikatności kobiety. On potrafi najlepiej na świecie pokazać to, co w niej ulotne – jej tajemnice, przebogatą emocjonalność. Te dwie postacie miały ogromny wpływ na mój rozwój. Dały mi do myślenia i zaprosiły do świata fotografii, dlatego moja twórczość jest wypadkową tych dwóch podejść. Zależy mi jednak, żeby mieć własny styl, własne miejsce w fotografii i myślę, że z powodzeniem udaje mi się to robić. Czasem miałem wątpliwości, zarzucano mi kopiowanie Newtona, ale po usłyszeniu od jego żony, podczas niezapomnianego spotkania w Monte Carlo, wielu pochlebnych słów, te kompleksy minęły. Ta znajomość zaowocowała osobistą dedykacją w mojej pierwszej książce. Ci mistrzowie ukształtowali mnie, ale bieżącą inspiracją jest, jak już mówiłem, lokalizacja, podróże oraz architektura. Nowe miejsca powodują, iż mam wizje. Takie miejsca są też u mnie w Poznaniu, za każdym rogiem. Podróżowanie nie jest warunkiem pracy fotografa. Musisz chcieć realizować swoje wizje, cały czas fotografować i tą twórczością dzielić się z innymi. Staram się odcinać od napływu obrazów z zewnątrz, nie mam telewizora, nie przeglądam internetu, a media społecznościowe traktuję jednokierunkowo. Nie mam czasu na to, żeby spędzać minuty, bądź godziny na surfowaniu online. Nie mam satysfakcji w tworzeniu kopii czegoś, co już było. Chcę tworzyć, co mi w duszy gra, co czuję, że będzie autentyczne. 

Prowadzisz autorskie galerie fotografii w Poznaniu i Warszawie. Twoje prace można podziwiać i zamawiać online. Nie narzekasz na brak pracy i inspiracje. Często organizujesz workshopy i dzielisz się tajnikami pracy z innymi? 
Chętnie dzielę się swoją wiedzą na temat fotografii – przy okazji każdej wystawy organizuję spotkania autorskie. Warto śledzić moje media społecznościowe, żeby być na bieżąco z tymi informacjami. Organizuję też warsztaty fotograficzne. Co prawda rzadko, bo raz na rok, ale jest to praktyczna platforma służąca do tego, żeby poznać moją ekipę i system pracy na planie. Nie mam oporu, żeby się tym dzielić z innymi fotografami. Każdy, mając ten sam setup i modelkę i światło, zrobi coś innego na własny sposób. Postprodukcja jest w moim przypadku elementem mało skomplikowanym, ale i to należy do przedmiotu warsztatów. 


Dlaczego tak bardzo kochasz fotografować kobiety? Z jakimi kobietami pracowałeś i jak te współprace wspominasz?
Cała moja twórczość jest hołdem oddanym kobietom. Wszystko, co robię, kręci się wokół wszechświata kobiet. Kobieta jest dla mnie tajemnicą, którą próbuję odkrywać na nowo przy każdym projekcie. Jest źródłem mojej fascynacji, choć bardziej inspirują mnie miejsca, ale gdyby nie kobiety te miejsca nie miałyby żadnej wartości. Ta fascynacja wynika z tego, iż jestem facetem, aczkolwiek zaraziła mnie nią moja żona. To ona mnie zachęciła, aby wziąć do ręki aparat fotograficzny i spróbować uchwycić jej piękno. To ona mi pokazała, jak wiele twarzy może mieć jedna kobieta, jak może być zmienna, jak wiele warstw emocjonalnych może w sobie zawierać. Fotografowanie kobiet to podążanie za czymś wartościowym, nieodkrytym, pięknym. Każda kobieta, która staje przed moim obiektywem jest wielka, podziwiam ją za odwagę, otwartość i zaufanie. Uważam, że fotografując kobietę, zwłaszcza kiedy jest to znana osoba, kluczowym aspektem budującym więź i sprzyjającą atmosferze na planie jest właśnie zaufanie, czyli przeświadczenie, że wspólnie tworzymy coś wyjątkowego. Podczas sesji trzeba dopuścić się spontaniczności i otworzyć się, żeby móc przekazać prawdę, nawet w tym wykreowanym świecie. Chciałbym w przyszłości pracować również z bardzo znanymi aktorkami, które zaufałyby mi na tyle, żeby wcielić się w rolę według mojego scenariusza, według mojej wizji piękna. 


Bez czego twoja fotografia nie mogłaby istnieć? Jakie są twoje kolejne cele? Jest jeszcze jakaś granica, którą chciałbyś przekroczyć?
Na początku mojej drogi twórczej w jakimś wywiadzie powiedziałem, że chciałbym, by moja czarno-biała fotografia doprowadzała do jednoznacznego skojarzenia z nazwiskiem Brodziak. W tym wszystkim, co robię, jest jednak coś więcej niż monochrom. Chodzi o to, że chcę tworzyć obrazy poruszające odbiorców; chcę, żeby były one widziane jak kadry z filmów, które nigdy nie powstały. To marzenie chcę realizować na wiele zaskakujących sposobów. Z takim typem fotografii chciałbym być kojarzony. Jakie są jeszcze granice do przekroczenia? Jak już nadmieniłem, dopiero podążam ku szczytowi. To podążanie jest najpiękniejszym aspektem w całej mojej twórczości. To jest coś, co mnie napędza jako artystę. Jeszcze w tym roku planuję opublikować nowy album fotograficzny, podsumowujący ostatnie lata mojej pracy twórczej. A co do nadrzędnych celów, jest jeden, do którego zmierzam. Chciałbym zrealizować Kalendarz Pirellli w 2021 roku. Wiem, że jestem idealnym fotografem, żeby zrobić z niego niezapomniane dzieło sztuki.


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.