Można powiedzieć, że znajdujesz się teraz w szczytowym punkcie kariery. Zostałeś doceniony w kraju i za granicą, a przede wszystkim jesteś najmłodszym artystą, któremu udało się wystawić swoje dzieła w Fundacji Helmuta Newtona w Berlinie…
Osiągnięcie szczytu kojarzy mi się ze spełnieniem marzeń, ale też z tym, że trzeba będzie z tego szczytu zejść, zatem wolałbym myśleć o swojej karierze, iż jest nadal w trakcie docierania do celu. Wszystko co najpiękniejsze jest nadal przede mną. Wiele udało mi się do tej pory osiągnąć w zakresie czarno-białej fotografii. Wystawa w Fundacji Newtona była całkowitym spełnieniem marzeń i najbardziej prestiżowym wydarzeniem w moim życiu. Kilka tygodni temu otrzymałem też 1. nagrodę w konkursie Top10 Black & White Photographers of the World oraz Złoty Medal w Paryżu za okładkę albumu, nad którym właśnie pracuję. Są to momenty, w których dostajesz feedback, że to co robisz ma sens, ma wartość i jest doceniane przez autorytety. To dodaje skrzydeł, tak jak codzienne opinie z social mediów od moich fanów. To mnie motywuje do dalszego działania, dzielenia się pięknem i odkrywania siebie na nowo. Nie tworzę, broń Boże, dla nagród – traktuję je jako skutek, a nie przyczynę moich działań. One są wynikiem pewnego procesu, który powoduje, że ciągle się rozwijam, ale nie jest to spektakularny przeskok na inny poziom. Podstawą tego rozwoju jest ciężka i systematyczna praca, budowanie swojego portfolio w sposób świadomy, pokazywanie światu tego, w czym jest się najlepszym. To procentuje w czasie i powoduje, że ludzie interesują się tym, co robisz i zlecają ci takie a nie inne tematy, które z tego portfolio wynikają. Cykl się zamyka. Tak buduje się markę. Inna sprawa to wysyłanie prac na konkursy i wystawy, docieranie w świecie realnym do coraz to nowych odbiorców. June Newton, żona Helmuta, wyjątkowa kobieta, doradziła mi, żebym pokazywał swoje prace wszędzie, gdzie tylko mogę i nie czekał na wystawy w muzeum. „Zrób wystawę w restauracji, zatrudnij się w niej jako kelner i opowiadaj gościom o swojej twórczości”, doradziła mi June. Z tej rady jeszcze nie skorzystałem, ale wierzę w pracę u podstaw, jeśli chodzi o promowanie własnej twórczości i jestem żywym tego przykładem. Konsekwentna praca po wielu latach daje efekty.
Twoje motto brzmi: „Jesteś tym, co widzisz”. Na swojej stronie piszesz, iż twoja fotografia to kreowanie czarno-białych światów, tworzenie emocji. Jak sam siebie postrzegasz poprzez pryzmat twoich prac? Kim się czujesz fotografując?
Uważam, że moje motto idealnie opisuje to, co myślę o fotografii. Jestem zdania, że nie ma większego znaczenia, co myślę robiąc zdjęcia, nie ma znaczenia moja wizja. Ona jest ważna dla samego procesu twórczego, ale nie mam wpływu na to, jak zostanie odebrana przez ludzi. Piękne jest to, że w tym samym obrazie każdy może dostrzec coś innego, co poruszy jego wyobraźnię, wspomnienia, niespełnione potrzeby, wizje. O tym traktuje moje motto, o tej mnogości interpretacji – każdy może dostrzec to, co chce. Nie lubię tłumaczyć swoich zdjęć. Gdy patrzę na siebie przez pryzmat pierwszego albumu, przyznaję, iż jest to niezły materiał na psychoanalizę, ale się w to nie zagłębiam. To forma mojej ekspresji, której nie chcę tłumaczyć. Fotografia daje mi pewną moc kreowania własnych światów, jest wymówką, by robić rzeczy, których normalnie w życiu nigdy nie mógłbym zrobić ani zobaczyć. To są często abstrakcyjne sceny. Nie wiem, czemu to robię, ale wiem, że to, co robię, jest piękne. Stając za obiektywem staję się na chwilę stwórcą, reżyserem własnych światów. To jest niesamowite mistyczne uczucie siły sprawczej, gdzie inni ludzie z którymi tworzę, podzielają mój entuzjazm, zaangażowanie i wspólnie możemy kreować nową jakość, nową odsłonę piękna. Fotografując czuję podniecenie artystyczne, euforię, władzę, ale też stres i odpowiedzialność. Każdy fotograf podejmujący się realizacji jakiegoś projektu to czuje. Reżyserujesz twój kawałek rzeczywistości, ale angażujesz w to wielu innych ludzi, ich czas, energię i często niemałe budżety. Dlatego to, co robisz, musi dać końcowy efekt, który inni uznają za równie atrakcyjny, mocny i pociągający. Zdjęcie musi wyzwalać emocje. Dla mnie fotografie są kadrami z filmu, który nigdy nie powstał. Najpiękniejsze zdjęcia to takie, które pozwalają odbiorcy odtworzyć jego własny film.
Skąd czerpiesz pomysły do tworzenia tak oryginalnych zdjęć? Masz swoich mistrzów? A może twoja pasja do architektury ma na twoje spojrzenie artystyczne decydujący wpływ?
Moim mistrzem jest Helmut Newton. To absolutny mistrz fotografii, buntownik, facet, który zredefiniował fotografię mody i reklamy w ubiegłym wieku. Był prowokatorem i to mi się w nim podobało – nie bał się opinii innych, swoje poczucie humoru przekazywał za pomocą obrazu. Jego śmiałość zapierała dech w piersiach. Moim idolem jest też Peter Lindbergh, który do dziś tworzy czarno-białe obrazy. Jest moim guru, jeśli chodzi o umiejętność pokazania intymności i delikatności kobiety. On potrafi najlepiej na świecie pokazać to, co w niej ulotne – jej tajemnice, przebogatą emocjonalność. Te dwie postacie miały ogromny wpływ na mój rozwój. Dały mi do myślenia i zaprosiły do świata fotografii, dlatego moja twórczość jest wypadkową tych dwóch podejść. Zależy mi jednak, żeby mieć własny styl, własne miejsce w fotografii i myślę, że z powodzeniem udaje mi się to robić. Czasem miałem wątpliwości, zarzucano mi kopiowanie Newtona, ale po usłyszeniu od jego żony, podczas niezapomnianego spotkania w Monte Carlo, wielu pochlebnych słów, te kompleksy minęły. Ta znajomość zaowocowała osobistą dedykacją w mojej pierwszej książce. Ci mistrzowie ukształtowali mnie, ale bieżącą inspiracją jest, jak już mówiłem, lokalizacja, podróże oraz architektura. Nowe miejsca powodują, iż mam wizje. Takie miejsca są też u mnie w Poznaniu, za każdym rogiem. Podróżowanie nie jest warunkiem pracy fotografa. Musisz chcieć realizować swoje wizje, cały czas fotografować i tą twórczością dzielić się z innymi. Staram się odcinać od napływu obrazów z zewnątrz, nie mam telewizora, nie przeglądam internetu, a media społecznościowe traktuję jednokierunkowo. Nie mam czasu na to, żeby spędzać minuty, bądź godziny na surfowaniu online. Nie mam satysfakcji w tworzeniu kopii czegoś, co już było. Chcę tworzyć, co mi w duszy gra, co czuję, że będzie autentyczne.