zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Søren Kirkegaard. Wirtuozeria rozpaczy

Uchodzisz za niezrównoważonego, ekscentrycznego pseudofilozofa dla frustratów…
Zatem musicie mieć niemało frustratów. 


Rzeczywiście, masz imponujący „fanklub” z filiami na całym świecie.
Nieźle jak na faceta, który nigdy nawet nie uważał się za filozofa, prawda?


No właśnie, dlaczego miałeś filozofię w tak głębokiej pogardzie?
M.in. dlatego, że za bardzo kojarzyła mi się z Heglem, który za moich czasów święcił wielkie triumfy, a którego szczerze nie znosiłem.


Z jakich przyczyn?
Jak to pięknie ujął jeden z XX-wiecznych historyków filozofii, Hegel starał się uchwycić rzeczywistość w pojęciową sieć dialektyki, a tymczasem egzystencja wymknęła mu się przez oka tej sieci. A dla mnie podstawowe pojęcie to właśnie owa egzystencja: rozwijająca się, coraz to inna, niemająca zakończenia. Gdyby chcieć złapać ją w pułapkę myśli, trzeba by ją najpierw zatrzymać, gdyż żyje się naprzód, a rozumie tylko do tyłu. 


Nie bez powodu stałeś się prekursorem XX-wiecznego egzystencjalizmu. 
Czyż to nie ironia losu? Nie dość że nie-filozof zaczyna funkcjonować w świadomości społecznej jako filozof, to na dodatek patronuje nurtowi filozoficznemu, który rodzi się kilkadziesiąt lat po jego śmierci. A za ziemskiego żywota pies z kulawą nogą nie zainteresował się moimi rozważaniami, przedkładając nad nie, pożal się Boże, wywody specjalistów od obiektywnego idealizmu.


Nie mogę uwierzyć, że Kirkegaard używa określenia „świadomość społeczna”. Przecież dla ciebie liczyła się tylko jednostka. „Tłum jest nieprawdą” – pisałeś. Podkreślałeś, że człowiek to byt pojedynczy, wyizolowany, stający się poprzez swoje doświadczenie i nawet niedający się opisać, bo pojęcia to abstrakty bezsilne wobec niepowtarzalnej jednostki.
No cóż, te słowa w moich ustach są tak samo absurdalne jak fakt, że uczyniono mnie „szefem” prądu filozoficznego. Zresztą właściwie całe nasze życie jest absurdem. 


Chwileczkę, chwileczkę, nie nasze, tylko twoje. Podkreślasz wszak, że każda jednostka ma swoją subiektywną prawdę. Twoją subiektywną prawdą jest przeświadczenie, że życie to udręka, trwoga, bezsens, zniechęcenie i rozpacz. Inni uważają, że to piękna, mająca wielkie znaczenie, choć niełatwa wędrówka.
Tak, niekiedy subiektywna prawda to ustawiczne oszukiwanie samego siebie: radosny bełkot, wmawianie sobie, że jest cudownie, bezrefleksyjna wegetacja niestawiająca pytań: „O co chodzi w życiu?”, „Co zrobić, by nasza egzystencja była sensowna?”.
 

No właśnie, co według ciebie należy zrobić?
W moim subiektywnym ujęciu trzeba odnieść ją do Boga, do wieczności. Stworzyć z Absolutem związek irracjonalny, podporządkowany stwierdzeniu, że wobec niego, pogrążony w swej marności człowiek nigdy nie ma racji. I trzeba pamiętać, że relacja z Bogiem to akt osobisty, indywidualny, wykraczający poza etykę, czyli zbiór zasad dla wierzących i niewierzących. 


Mówisz, że wiara jest sposobem radzenia sobie z rozpaczą – nieodzownym elementem w wiecznym dążeniu ku śmierci. Ale z drugiej strony potęguje tę rozpacz, bo każde zbliżenie do Boga poniża człowieka i uświadamia mu jego rachityczność i bezsilność. Tymczasem wiara powinna być ukojeniem i pocieszeniem.
Nigdy nie słyszałem większej bzdury. Wiara to nieustanna męczarnia, groza i paradoks, a jedyne uczucia, jakie wnosi do ludzkiego życia Absolut, to bojaźń i drżenie. Religia jest wielkim niebezpieczeństwem, a kto uważa chrześcijaństwo za religię pocieszenia, jest ślepcem.


Po co człowiekowi religia, która zamienia jego życie w pasmo udręk?
Bo gdyby ją odrzucił, opowiedziałby się za skończonością, a tym samym za nicością. 
Zatem wiara to brzytwa, której chwyta się tonący w bagnie egzystencjalnej rozpaczy. I twoje okaleczone życie jest tego najlepszym przykładem. Zastanawiam się tylko, czy taki los zgotował ci rzeczywiście Bóg, czy fanatyczny ojciec.
Nie idź śladem kiepskich biografów, którzy w prostacki sposób interpretują myśl filozoficzno-teologiczną w oparciu o życie autora. Rację mają ci badacze mojej twórczości, którzy twierdzą, że jestem filozofem nieprzeniknionym i skomplikowanym. Wiedzą, że choćby przestudiowali wszystkie moje dzieła, i tak nie uchwycą, co siedziało w mojej głowie i co tak naprawdę wypełniało moje życie.


Pytanie, czy ty sam byłeś w stanie to uchwycić. Używałeś tak wielu pseudonimów – Johannes Climacus, Johannes de Silentio, Anti-Climacus… Czy w ogóle wiedziałeś, że ty to ty?
Pseudonimy to przemyślany zabieg. Moje przesłanie mogłem wyrażać tylko poprzez formy artystyczne podpisywane różnymi nazwiskami. Każdy pseudonim odpowiada za jakiś wariant światopoglądowy, ma swą subiektywną prawdę i opisuje możliwą egzystencję potencjalnych jednostek. 


Wróćmy jednak do twojego ojca. I ci marni badacze twojej twórczości, i ci wybitni twierdzą zgodnie, że odegrał niebagatelną rolę w twoim życiu, więc coś w tym musi być…
Nie zaprzeczę. Byłem „dzieckiem starości”, gdy się urodziłem, ojciec miał 56 lat, a matka 45. Pewnie dlatego moje relacje z ojcem były wyjątkowe. Darzyliśmy się bezgranicznym zaufaniem. Był mądrym człowiekiem, miał rozległą wiedzę.


Nie wątpię, że twój ojciec, Michael Pedersen, miał daleko sięgającą wiedzę, skoro zarówno ciebie, jak i sześcioro twojego rodzeństwa przez lata utwierdzał w przekonaniu, że umrzecie przed nim, nie doczekawszy wieku chrystusowego?
Tak twierdził. I w przypadku moich pięciu sióstr to się sprawdziło. Zresztą bardzo wcześnie straciliśmy też matkę, a mój brat wprawdzie pozostał przy życiu, ale poważnie zachorował.
Wcale się nie dziwię. Atmosfery, jaka panowała w waszym domu, nie powstydziłby się Stephen King. Któż by zniósł wieczną grozę, tajemnicę, niedomówienia, melancholię, oczekiwanie na to, co nieuchronne, ekstremalnie surową religijność i ascetyczną pobożność. Skąd to się wzięło?
Cóż, ojciec miał starotestamentową wizję grzechu. Wierzył, że Bóg nieustannie będzie karał całą rodzinę za jego przewinienia. A jako dziecko przeklął go, bo czuł się nieszczęśliwy, gdy głodny i zziębnięty wypasł owce w wiosce Saedding, w której mieszkał. Spodziewał się więc surowej kary.


Zdaje się, że spodziewał się też Bożej kary za nadużycia seksualne, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia, bo to wywiad nie dla brukowca. Tak czy inaczej, mam wrażenie, że twój ojciec był toksycznym tyranem, który zatruwał życie innym, nie mogąc poradzić sobie z własnym poczuciem winy. Nigdy nie przyszło ci to do głowy? Zresztą chyba próbowałeś się od tego uwolnić? Zerwałeś z jego ascetycznym modelem życia, a otaczających cię dotąd znajomych teologów zamieniłeś na artystów i literatów.
Rzeczywiście, po wielkim trzęsieniu ziemi w mojej rodzinie, gdy straciłem tylu bliskich, wyjechałem z Kopenhagi do Gilleleje, by szukać sensu życia. Przyszła mi wtedy do głowy brudna myśl, że mój ojciec to obłudnik. Dlatego po powrocie postanowiłem żyć wbrew jego zasadom. Przestałem być pilnym studentem wydziału teologicznego kopenhaskiego uniwersytetu. Stałem się estetą i koneserem odwiedzającym nieustannie teatry, operę i kawiarnie. Byłem elokwentny, tryskałem humorem i starałem się pozbyć mojej przyjaciółki – melancholii.


Udało się?
Pozbyłem się raczej pieniędzy, bo taki tryb życia dużo kosztował. Popadłem w długi, a melancholia pozostała.


I dalej zatruwała ci życie, czego dowodem był skandal, jaki wywołałeś jako 27-latek, zrywając zaręczyny z młodszą o dziewięć lat Reginą Olsen, kobietą, którą kochałeś i o której nie mogłeś zapomnieć. Po coś to zrobił?
Byłem przekonany, że prawdziwy związek musi opierać się na szczerości, a nie potrafiłem jej powiedzieć o przekleństwie ciążącym nad moją rodziną i o… jednej nieudanej i upokarzającej wizycie w domu publicznym. Wolałem zagrać przed tą kobietą rolę uwodziciela, cynika i egoisty, który prowadził tylko niecną grę i który tak naprawdę nigdy nie był nią zainteresowany, niż przyznać się do wszystkiego. Dlatego zacząłem pisać Powtórzenie, pracę filozoficzną, w której zastanawiałem się, czy można powtórzyć miłość nieszczęśliwą, tak aby zakończyła się happy endem.


Ale ponieważ nie miałeś talentu Danielle Steel, wszystko zakończyło się fiaskiem?
Racja. Nim ukończyłem dzieło, moja eksnarzeczona zaręczyła się ze swoim dawnym nauczycielem.


Taki jest efekt ufilozoficzniania wszystkiego na siłę. Siedzisz i myślisz, a to, co chcesz osiągnąć, ucieka ci sprzed nosa.
No tak, ale z drugiej strony człowiek zawsze czuje się czymś więcej niż tym, co osiągnął, więc cokolwiek by osiągnął, w niczym nie może znaleźć ukojenia, zadowolenia i szczęścia. 
 


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.