Jak na stoika byłeś za mało stoicki. Czy wcieliłeś w życie choćby jedną zasadę swej heroicznej etyki, o której tak wiele pisałeś?
Tak. Gdy nadszedł czas, bez żalu otwarłem swe żyły i pożegnałem się z życiem.
Ba, nie miałeś wyjścia. Gdybyś tego nie zrobił, Neron, który nakazał ci samobójstwo, znalazłby bardziej wyrafinowany sposób, by pozbawić cię życia. Poza tym twoja śmierć to poniekąd efekt nieprzestrzegania innych stoickich zasad. Profesor Aleksander Krawczuk, współczesny znawca czasów starożytnych, pisze, że jesteś chyba najlepiej znanym nam Rzymianinem z I w. n.e. i że wywarłeś wielki wpływ na europejską kulturę. Jednocześnie w jednym ze swych artykułów nazwał cię niemoralnym moralistą.
A jak miałem być moralny w podłej epoce, w jakiej przyszło mi żyć? To ona była niemoralna, nie ja.
Jakże to, pisałeś przecież, że na cnotliwego mędrca nie mają wpływu żadne okoliczności zewnętrzne, że mędrzec zła nie doświadcza… bo jedyne, co ma, to cnota, której nie pozwoli sobie zrabować. Nikczemność epoki nie powinna była więc wpływać na twoje poczynania. Czyżbyś jednak pozwolił zrabować swoją cnotę?
A ty byś nie pozwoliła, gdyby los rzucał ci pod nogi same kłody?
Ja bym pewnie pozwoliła, ale nie uważam się za stoiczkę. Ty zaś w swym traktacie O Opatrzności sformułowałeś m.in. takie oto myśli: „Dlaczego się dziwisz, że dobrzy ludzie poddawani są wstrząsom dla umocnienia? Mocne i krzepkie jest tylko takie drzewo, w które często uderza wichura: właśnie od uderzeń wichury zwiera się w sobie i mocniej zapuszcza korzenie…” albo „Powinniśmy się nadstawiać na uderzenia Losu, aby się zahartować na nie dzięki niemu: powoli sprostamy mu. Ustawiczne wystawianie się na cios zrodzi w nas pogardę dla niebezpieczeństw” albo „Cóż więc dziwnego, że Bóg twardo doświadcza szlachetne dusze? Miękkość nie jest nigdy sprawdzianem cnoty”.
Owszem, jestem autorem tych szlachetnych zaleceń… Ale czyś widziała kiedy, żeby drogowskaz chodził do miasta?
Trafna uwaga; nigdy nie widziałam. Być może dlatego, że obecnie w ogóle zaczyna brakować drogowskazów. Miałkość wyziera spod tyrad rozmaitych mentorów i speców od moralności.
Sama widzisz. Jest więc podobnie jak w moich czasach. Tyle że ty nie musisz się martwić, że jakiś cesarz szaleniec z byle powodu zapragnie twojej głowy. Ja żyłem w ciągłym strachu, więc mój etyczny pancerz ulegał rozszczelnieniu, a mówiąc bez ogródek – musiałem jakoś kombinować, żeby ujść cało z różnych opresji.
Jakich mianowicie?
Piekło zaczęło się w 37 r., gdy władzę w Rzymie objął megaloman i okrutnik Kaligula. Zazdrosny o moją rosnącą popularność, postanowił mnie – zdolnego retora i polityka – zgładzić. Z wykonania na mnie wyroku śmierci zrezygnował tylko dlatego, że ktoś z bliskiego otoczenia poinformował go, iż jestem słabego zdrowia, więc niedługo umrę śmiercią naturalną.
No to pewnie mu się nieźle dostało, bo przeżyłeś.
Nie wiem, jak potoczyły się jego losy. Wiem natomiast, że zamordowano Kaligulę, co wtedy nie było zresztą niczym dziwnym. Moje kłopoty trwały jednak nadal również za panowania następcy Kaliguli – cesarza Klaudiusza. Jego żona, Messalina, nimfomanka i rozpustnica, oskarżyła mnie o cudzołóstwo z siostrą Kaliguli, dlatego spędziłem kilka lat na wygnaniu na Korsyce.
I ty, wróg pochlebców, pisałeś stamtąd pisma kipiące od pochlebstw pod adresem swych prześladowców, choć u innych ganiłeś wszelkie przejawy wazeliniarstwa.
Ale dzięki temu Agrypina, kolejna żona Klaudiusza, sprawiła, że mogłem wrócić do Rzymu i czynić pożyteczne rzeczy.
Wychowywanie okrutnika o zbrodniczych skłonnościach, Nerona, który był synem Agrypiny z jej pierwszego małżeństwa, nazywasz pożyteczną rzeczą?
Zawsze wychodziłem z założenia, że należy dopuszczać do siebie takich ludzi, których można uczynić lepszymi. Pożyteczność moich działań polegała na tym, że chciałem z niego zrobić człowieka.
Pisząc Traktat o łagodności? Dobre sobie. Arystoteles również wpajał swemu wychowankowi, Aleksandrowi Macedońskiemu, zasadę złotego środka, zalecając mu życie w umiarkowaniu. Dedykował mu podobno fragment Etyki nikomachejskiej, w której krytykował prowadzenie wojen bez wyraźnego powodu. I co? Jego podopieczny stał się krwiożerczym wojownikiem.
Niestety, również i moje próby wpojenia Neronowi zdrowych zasad moralnych zakończyły się niepowodzeniem. Traktat, w którym pisałem, że „okrucieństwo jest złem najmniej ludzkim i niegodnym cywilizowanej duszy”, też go nie przekonał.
Ale ty robiłeś u boku Nerona olśniewającą karierę jako wpływowy minister. Tyrania, którą potępiałeś, u niego jakoś ci nie przeszkadzała. Wraz z Afraniuszem Burrusem, prefektem pretorianów, przez pięć lat sprawowałeś faktyczną władzę w państwie rzymskim, stojąc u boku władcy, gdy ten był jeszcze młodociany. W 55 r. wspiąłeś się na szczyt kariery, zostając konsulem…
Nie zapominaj, że czas, kiedy sprawowałem rządy, to okres największej pomyślności Rzymu.
Tak twierdzą również historycy. Ale później, gdy imperator stawał się coraz większą bestią, ty upodobniałeś się do niego.
W jaki sposób?!
Podpisywałeś wydawane bez opamiętania wyroki śmierci.
Ale robiłem to wyjątkowo niechętnie.
Jak na kapłana moralności to marne wytłumaczenie. A wracając do tematu: po skrytobójczym morderstwie Agrypiny usprawiedliwiałeś Nerona przed senatem z jego występku, dopuszczając się kłamstwa.
Ale gdy przekonałem się, że Neron ulega coraz większej moralnej destrukcji, wycofałem się z życia publicznego i zerwałem z nim kontakty.
Podobno chciałeś zerwać z nim kontakty wyjątkowo radykalnie – wysyłając go na drugi świat poprzez uczestnictwo w tzw. spisku Pizona w 65 r. Wszystko skończyło się jednak niepowodzeniem. Cesarz uszedł z tego cało, a z życiem musiałeś pożegnać się ty i twoi wspólnicy. Podobno, według tajnych planów, po usunięciu Nerona i Pizona miałeś zostać imperatorem.
Cóż, zawsze powtarzałem, że władza tyranów jest przeklęta i krótka. A ja byłbym znakomitym cesarzem.
Władza zdemoralizowałby cię jeszcze bardziej. Znana była przecież twoja skłonność do pomnażania dóbr. Wprawdzie, jak przystało na stoika, ganiłeś nadmiar rzeczy, ale byłeś właścicielem licznych majątków ziemskich i kolekcjonerem cedrowych stołów na nogach z kości słoniowej. Ponoć polowałeś na spadki po ludziach zamożnych i prowadziłeś działalność lichwiarską…
To prawda, pożyczałem na procent, ale na lichwę miałem przecież słuszny pogląd, pisząc w Traktacie o dobrodziejstwach: „Wyświadczajmy dobrodziejstwa, lecz nie czyńmy z nich przedmiotu lichwy. Człowiek, który dając, myśli o zapłacie, zasługuje na oszukanie”.
Interesujący i powszechny również dziś model postępowania: co innego deklarować, co innego czynić.
No tak, ale żebyż współcześni ci mędrcy od siedmiu boleści mieli choćby tylko do zadeklarowania coś pożytecznego i budującego! Bo ja nosiłem w sobie niepospolitą mądrość, która jednak nie stanowiłaby dla mnie żadnej wartości, gdybym nie mógł się nią podzielić – dlatego zostawiłem po sobie pisma. I ta mądrość jest wieczna, niezależnie od tego, że ja jako stoik byłem wyjątkowo niewydarzonym egzemplarzem. Apeluję więc, by brać przykład z mych pouczeń, a nie z mego życia.
Sam jednak pisałeś w Listach moralnych do Lucyliusza, że „droga poprzez udzielanie pouczeń jest długa, natomiast przez przykłady – krótka i skuteczna”.
Ale dzięki temu, że wybrałem dłuższą drogę, jeszcze i dziś, po 2 tysiącach lat, sięgacie po me, jakże celnie wyrażone i przyodziane w artystyczną formę, nauki moralne, w których objawił się mój literacki talent.