zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Poruszone płaszczyzny

Adam Myjak urodził się w Starym Sączu, jednak dzieciństwo i młodość spędził w Częstochowie i w Sandomierzu – miastach o wyjątkowym dziedzictwie historycznym. Studiował na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. W 1971 roku obronił dyplom z wyróżnieniem, a kilka lat później wyjechał na stypendium twórcze do Duisburga, gdzie, tak jak na macierzystej uczelni, prowadził wykłady. 
Artysta pytany o swoją twórczość pozostaje enigmatyczny, bez charakterystycznego dla wielu twórców skupienia na sobie. Można natomiast wyczuć pewien niepokój, rodzaj towarzyszącego imperatywu, który nakierowuje uwagę artysty na kolejne realizacje, ciągłe poszukiwania. Proces rzeźbienia nie rozgrywa się tylko w pracowni. Pracownia zamyka pewien wielowątkowy bieg. Powiedział mi o tym ostatnio w rozmowie inny, wybitny rzeźbiarz: malarze mogą iść za poczuciem inspiracji, za chwilową weną, która podpowiada, że nadszedł moment tworzenia. 
Rzeźba, przez swoją wielowymiarowość, przez swój ciężar, przez złożoność procesów, wymagających niekiedy zaangażowania grona pomocników, a także przez wymóg inżynieryjnego myślenia, oferuje artystom węższą i bardziej wymagającą drogę swobodnych wyborów. Ostateczna forma rzeźby jest ograniczana materią, tak jak człowieka jednocześnie definiuje i ogranicza cielesność. Dlatego rzeźba musi być powściągliwa. Podobnie jak myślenie rzeźbiarza.
Wpisują się w to odczucia Tadeusza Konwickiego, przywołującego odkrycie prac Adama Myjaka podczas wystawy w nadmorskim kurorcie. Wśród chaotycznego tłumu festiwalu gwiazd, pisarz odnalazł przestrzeń skupienia, „galaktykę skupionej myśli i ascetycznego studium kształtu, formy, intymnej przestrzeni wokół człowieka”. Konwicki pisał właśnie o powściągliwości rzeźby, o czymś „z przeczucia tajemnic czasu lub nieistnienia czasu”. Tekst Konwickiego najwyraźniej ma szczególne znaczenie dla rzeźbiarza. Przywoływany jest w kilku katalogach i albumach; te słowa przeprowadzają przez próg, do świata twórczości Myjaka, do rzeźbiarskiego studia. 
W wykreowanym przez Myjaka świecie tytuły prac nie stają się wyraźnymi tropami do zrozumienia artystycznej wizji. Porządkują oeuvre artysty, jednak nie narzucają siatki znaczeń, nie ustawiają jednoznacznych drogowskazów. Figury, Sen, Twarze – takie tytuły noszą prace z różnych, powracających w twórczości artysty, cyklów. Niekiedy pojawia się jednak wskazówka wyraźniejsza – jak w tytule pracy Nadzieja. To prace z cyklu Twarzy zapewniły autorowi rozpoznawalność. Nie były to wizerunki, w twarzach raczej nie pojawiały się konkretne cechy. Łączyły je za to blizny i zasłonięte oczy, zestawiane przez krytyków z motywem aktywnego negatywu Hansena. Wybór materiału – kamienia, brązu, terakoty, drewna – i modelowanie jego formy, z zawsze wyrazistym szacunkiem dla materii potwierdza wyrazistość artysty i odrębność jego poszukiwań. 
Obok cyklu Twarzy, do najsłynniejszych realizacji profesora Adama Myjaka należy wykonana wraz z profesorem Antonim Januszem Pastwą kwadryga gmachu Teatru Wielkiego w Warszawie. Jej powstanie to dopełnienie myśli architekta, Antoniego Corazziego, podjęte jako duże i ambitne wyzwanie. 
Wyjątkowe są prace wykonane ze stali nierdzewnej. Wchodzą one w grę z widzem. Poruszone płaszczyzny odbijają obrazy z otoczenia, zniekształcając je. W swoją lustrzaną przestrzeń wciągają także odbiorcę, niwecząc rozdział między rzeźbą, a jej widzem, między materią stałą, a tym co zmienne, poruszającymi się odbiciami i refleksami. 
Szczególnym wydarzeniem w artystycznej biografii Adama Myjaka była wystawa we Lwowskiej Narodowej Galerii Sztuki, gdzie jego twórczość została skonfrontowana z rzeźbami Johanna Georga Pinsla, rokokowego artysty działającego w Buczaczu i we Lwowie. Pinsel zasłynął jako twórca poruszających przedstawień postaci biblijnych, ujętych w pełnych dramatyzmu pozach. Jego sztuka formalnie wydaje się niezwykle odmienna od twórczości Adama Myjaka. Draperie u Pinsla wydobywają się na zupełną autonomię, tworzą niepokojące skłębienia i nimby, w których postać ludzka zatraca się zupełnie w ekstatycznych gestach. U Myjaka, jeśli pojawia się ruch, jak w cyklu Figur niespokojnych, to nie „odrywa się” on od postaci, nie staje autonomiczną siłą ducha, jak u Pinsla, lecz pozostaje powiązany z materią. Tak, jakby brał w rzeźbie na siebie zadanie poruszenia tej materii, nadania jej życia. 

Jednak w części prac Myjak uwalnia przedstawiane postaci z ciężaru materii. Można nawet odnieść wrażenie, że pną się one w górę, rozrastają w przestrzeni, pozbawione wcześniejszej, tak charakterystycznej grawitacji. 
Reprodukowane w albumach zdjęcia, na których wśród lasu ustawione są rzeźby, zdradzają także coś pierwotnego w poszukiwaniach Adama Myjaka. Las, odwieczna przestrzeń, w której miejsce człowieka istnieje na równi z miejscem innych istot – zwierząt, ale także roślin, krzewów i drzew, równolegle do nas także realizujących swój tajemny i konsekwentny proces życia. To zestawienie budzi przeczucie wątków transcendentalnych. Rzeźby stają się częścią większego planu, uzupełniają istniejącą scenerię, stawiają przy odwiecznych obecnościach znaki zapytania. Podkreślają obecności efemeryczne, zakreślone linią ludzkiego losu. Tak patrzeć można na potężne twarze, ustawione wśród przestrzeni brzozowego lasu, wyłaniające się wśród dzikości przyrody, niezmiennej i trwałej, a jednak noszącej w sobie ślad człowieka. 
Twórczość Adama Myjaka stawia zatem człowieka w centrum mikroświata, na marginesie potężnego wszechświata. Jednocześnie obiera drogę przekazu prawdy. Stąd bruzdy, blizny, szramy, pojawiające się na ciążących ku ziemi, niekiedy umęczonych twarzach. 
Ta ludzka, uporczywa obecność przywołuje mi na myśl zdanie zaczerpnięte z wiersza Czesława Miłosza – oddające odwieczne pragnienie wstrzymania świata, by „z ruchu podjąć moment wieczny” – przywołując frazę noblisty. 
Tadeusz Konwicki napisał, że w rzeźbach Myjaka dostrzega „(...) magiczną charyzmę, jakąś niezwykłą siłę, której dorobiliśmy się w mozolnym rozwoju naszego gatunku”. Ta magiczna charyzma zapisana jest w procesach rekonstrukcji dawnego dziedzictwa – wydobywanych z głębin morza greckich brązów czy odkrywanych spod warstw ziemi etruskich terakot. To najbardziej trwałe ślady cywilizacji, niekiedy niknące wobec większej potęgi przyrody, jak w zarastających dżunglą świątyniach Angkor Thom. To są właśnie ślady wspomnianego przez Konwickiego „mozolnego rozwoju ludzkiego gatunku”. Rzeźba jest formą, która jak odcisk skalny, jak przedwieczna skamienielina dokumentuje, zostawia ślad. Trwały i wychodzący poza czas ludzki. 
W Muzeum Kapitolińskim znajduje się rzymska kopia greckiej rzeźby. Spinario, czyli chłopiec wyciągający cierń ze stopy, uchwycony jest w swojej ludzkiej jednowymiarowości. W swoim „tu i teraz”, sprzed dwóch tysięcy lat, gdy pochylony próbował wyciągnąć tkwiący w stopie kolec, w pozie ogromnego skupienia. W wymiarze, który ignorował istnienie wszystkiego poza nim. W rzeźbach Myjaka, mających w sobie ogromną świadomość tradycji sztuki, jest też niezwykle aktualny w rzeźbie współczesnej dialog z rzeczywistością, w której miejsce człowieka podlega zmianom, a on sam imperatywowi ograniczeń, które duchowi narzuca materia. Te dwie siły – duch i ciało, w twórczości profesora Myjaka są zespolone, bez pokusy na odrębność. 
Rzeźby są jak spiżowe świadectwa ludzkiej kondycji. Poddane defragmentacji, zniekształcone, dotknięte niedoskonałością. Prawdziwe. 
Związane przemijaniem, metamorfozami, zniszczeniem. Z niedoskonałości czerpiące też swoją moc. Sztuka Myjaka jest bardzo humanistyczna w swoim przesłaniu; patrząc na dokonania artysty na przestrzeni dziesięcioleci oczywista jest cichnąca niekiedy, ale wciąż powracająca wiara w zwycięstwo człowieka. 


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.