Karakorum – dawna stolica
Podróż z Gobi do Karakorum trwała prawie półtora dnia, 600 km po stepie polnymi drogami (ostatni kawałek, tj. ok. 30 km, mieliśmy asfalt). Mongolia to 2,8 mln kmkw., ponad osiem razy większa od Polski. Widoki po kilku godzinach jazdy mogłyby być trochę nudne, ale dopisywał nam dobry humor. Średnia prędkość to 45 km/h. Przejeżdżaliśmy przez przełęcze, ok. 2 tys. m n.p.m., ale też odcinki proste jak strzała, przejechaliśmy też przez wysuszone jezioro, burza piaskowa sprawiała, że widoczność była ograniczona do kilku metrów, jechaliśmy po śladach wyjeżdżonej dróżki, niestety, nie działały żadne instrumenty pomiarowe typu kompas, wysokościomierz, GPS, prawdopodobnie duże złoża rudy żelaza zaburzają pole magnetyczne. Wjazd do miasta, o którym marzyliśmy przez kilka ostatnich dni, dość mocno nas rozczarował, temperatura 8 st. C, wysokość 1550 m n.p.m., przelotny deszcz, jedyny pozytywny znak to tęcza, która przebijała się przez zachmurzone niebo, dawała nadzieję, że pogoda się poprawi. Architektura miasta to domy epoki postsowieckiej pomieszane ze slumsami, jakie widziałem w połowie lat 90. w Johannesburgu. Trudno w tym odnaleźć urodę miasta Czyngis-chana. Czym prędzej wynieśliśmy się do kempingu nad rzeką, gdzie zamieszkaliśmy znane już nam z pustyni Gobi jurty. Służba kempingowa w ciągu 15 minut rozpaliła w każdej jurcie ogień. Jako paliwa używają wysuszonego łajna końskiego i krowiego. Ciepło szybko się rozprzestrzeniło (bez przykrych zapachów), ale i szybko uciekło. Wieczór spędziliśmy w kempingowej knajpie, sącząc chilijskie wino i wcinając wegańskie pierożki buuz na parze, sałatę z pomidorami i ogórkami, na główne danie dostaliśmy gotowane żebra wołowe, które nie miały specjalnego wzięcia.
Przy sąsiednim stoliku siedziało dwóch Niemców z Kolonii, którzy motocyklami jechali na Alaskę. Miło się gawędziło, ale spać poszliśmy po północy, zwykle chodzimy przed 22. Niebo w niczym nie przypominało rozgwieżdżonego milionami gwiazd jasnego nieba znad pustyni Gobi. Rano pojechaliśmy zwiedzić świątynię buddyjską, zbudowaną w XVI w. na cześć Czyngis-chana, która jest wpisana na światową listę dziedzictwa kulturowego. Interesujące, ale porównując budowle i postumenty Buddy z zabytkami Birmy, które widziałem na początku tego roku, dochodzę do wniosku, że Birmańczycy pilniej się modlili i więcej pracowali. Po krótkim posiłku w miejscowej pierogarni wczesnym popołudniem udaliśmy się na poszukiwanie miejsca, z którego możemy wystartować kajakami. Po kilku godzinach poszukiwań udało nam się znaleźć właściwe miejsce, ale jest już zbyt późno, żeby wyruszyć, decydujemy się rozbić obozowisko. Skończyły się zapasy, więc kupujemy młode jagnię na prowiant w dłuższą drogę. Na szczęście prognoza się nie sprawdza, słońce skutecznie przebija się przez chmury, ale temperatura nie przekracza 10 st. C. Temperatura wody w rzece niecałe 8 st. C, po przebraniu się w pianki puściliśmy się z nurtem rzeki. Pierwszego dnia pogoda początkowo była słoneczna, jednak dość szybko okazała się bardzo zmienna, potężne burze i silny porywisty wiatr uniemożliwiał nam bezpieczny spływ. Kilkakrotnie musieliśmy się ewakuować na brzeg i przeczekać nawałnicę. Dwa kolejne dni były już bardziej spokojne, a rzeka i budząca się do życia przyroda (bo wiosna tu przychodzi później) pokazywała nam swoje uroki. Krystalicznie czysta woda płynie dość wartkim nurtem wzdłuż zielonych wzgórz przypominających nam trochę Szkocję. Na zboczach pasły się tysiące owiec, kóz, krów, jaków, no i wspaniałych koni, które są hodowane tu w zupełnej swobodzie. Co chwila napotykaliśmy tabuny, które pławiły się w zimnej wodzie, a spłoszone naszą obecnością zrywały się do galopu. Najbardziej jednak zachwycało nas niezliczone ptactwo. Żurawie tańczące na brzegu w swych godowych zalotach sprawiały wrażenie, jakbyśmy to my byli ich głównym audytorium. Ponadto widzieliśmy kormorany, czajki i inne ptaki, które nie do końca potrafiliśmy zidentyfikować. Dolina rzeki Orkhon (obok tak znanych obiektów jak Wielki Mur Chiński) wpisana jest na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Wzdłuż rzeki jest sporo ciekawych zabytków z epoki paleolitu i brązu. Płynęliśmy po kilka godzin dziennie, łącznie zrobiliśmy ok. 70 km. Wieczorami paliliśmy ognisko i popijaliśmy złociste piwo gingis haan.
Nasz kolega Andrzej starał się mocno urozmaicić nam dotychczasową mięsną dietę, próbując złowić jakieś ryby, ale, niestety, jego wysiłki spełzły na niczym i pozostaliśmy przy gulaszu jagnięcym z ryżem gotowanym z płatkami nori. Do tego serwowaliśmy sobie polskie ogórki konserwowe, które można tu kupić w każdym sklepie. Unruu (wykształcony matematyk) i tłumaczka Eryka (absolwentka Lancaster University i doktorantka w Polskiej Akademii Nauk, biegle mówiąca po polsku) byli pod wrażeniem naszych kulinarnych zachcianek i pogodzili się z rolami podkuchennych. Najcenniejsze jest to, że ciekawie opowiadali nam o swoim kraju i obyczajach. Po drodze do Ułan Bator zajechaliśmy na kilka godzin do Hustai National Park, gdzie na obszarze ok. 506 kmkw. żyje ponad 30 stad koni Przewalskiego, niezliczona ilość jeleni i świstaków. W tych okolicznościach przyrody postanowiliśmy zrobić sobie trzygodzinny marsz na najwyższe wzniesienie, ok. 1800 m n.p.m., obserwując po drodze przy wodopoju dziko żyjące konie, uważane za gatunek pierwotny dla wszystkich koni, który nasz rodak jako pierwszy sklasyfikował.