zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Monika Libicka. Plaga w puszczy, czyli ochrona drzew jako źródła desek…

Chmurzy się, Drodzy Czytelnicy. Czarne chmury zbierają się nad Puszczą Białowieską. Podgryza ją kornik drukarz, zagraża paragraf 9. Ustawy o Lasach, atakują urzędnicy, a bronią środowiska naukowe i kilka organizacji pozarządowych z Adamem Wajrakiem na czele. Od paru tygodni dziennikarz, znany ze swojej miłości do puszczy, wilków i wielu innych leśnych żyjątek, alarmuje o groźbie wycinki setek drzew z lasu, który jako jedyny w naszym kraju został zaliczony do Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Wysłuchałam niedawno głosu urzędnika Lasów Państwowych z Białowieży, który oznajmił, że w puszczy sytuacja jest bardzo trudna. Występuje tam bowiem „zamieranie świerków na skutek pojawu szkodliwego owada”. „Pojaw” musi być tępiony przez leśników, których zobowiązuje do tego ustawa, a konkretnie rzeczony paragraf 9. Realizując zalecenia tego paragrafu Nadleśnictwo Białowieża „wyczerpało możliwość pozyskania drewna”. Potem wystąpiło o kolejną możliwość. „Pozyskania”, czyli wyrębu, mówiąc po ludzku. Według leśników, bowiem, pozyskanie wykańcza kornika. 
O dziwo, zupełnie inny pogląd na sprawę ma Komitet Ochrony Przyrody PAN, Państwowa Rada Ochrony Przyrody i liczni biolodzy. Twierdzą oni, że puszcza wadzi się z kornikiem od tysięcy lat i daje radę. Dowodzą tego te europejskie lasy, gdzie kornik w przeszłości dokonywał „pojawu”, wykańczał część świerków, po czym sam był wykańczany przez dzięcioła… I sytuacja wracała do normy. Według przyrodników przyroda tak ma, że sama się leczy, jeśli jej człowiek zbytnio nie przeszkadza. 
Tymczasem leśnicy mają paragraf 9. W związku z tym, żeby nie tracić czasu, poszli na całość. Chcą teraz rąbać osiem razy więcej niż dotąd, „pozyskując” nie tylko zakornikowane świerki, ale i drzewa innych gatunków, które stanowią połowę kwoty zgłoszonej do wycinki. Sprzyja im lokalna ludność, która uwierzyła urzędnikom z Lasów Państwowych, że trzeba wybierać między ekonomią a ekologią. Sprzyja też nowy minister środowiska, nie mylić z ministrem ochrony środowiska, którego Polska nie ma. 
Podobno nikomu nie chodzi o kasę. Podobno idzie o to, „aby lasy pozostawione przyszłym pokoleniom były w stanie minimum takim, w jakim je zastaliśmy. O ile nie lepszym” – jak pisze Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Białymstoku na swej stronie internetowej. Jednak przyrodnicy związani z puszczą mówią, że inwazja kornika uderza głównie w produkcję drewna, a plan cięć jest skuteczny „w jednym wymiarze: ochrony drzew jako źródła desek”! Poza tym po wycince i nowych nasadzeniach, które planują urzędnicy – naturalny las zamieni się w „stworzoną przez człowieka uprawę hodowlaną”. Takie uprawy można spotkać w Szwecji, o czym pisze Maciej Zaremba Bielawski w swojej świetnej książce Leśna Mafia. Szwedzi tak sobie zredagowali prawo leśne, że dziś można tam bez problemu stare lasy zamieniać na nowoczesne uprawy leśne. W związku z tym „…od czasów Gustawa Wazy nie było w Szwecji tak wielu drzew i tak mało lasów”. Stare, porośnięte mchami, bogate w poszycie leśne gęstwiny zostały (głównie dzięki działaniom lobby producentów drewna) zastąpione plantacjami świerków, które zajmują już połowę powierzchni Szwecji. 
Choć nam do tych absurdów daleko, polskie lasy rzadko mają szansę na odnowienia naturalne, bo leśnicy muszą realizować plany urządzania lasów. Nadleśnictwo Białowieża tłumaczy, że ważną częścią planu jest „konieczność przebudowy dojrzałych drzewostanów w sposób umożliwiający zachowanie lasu przyszłym pokoleniom”. Nie wiem tylko, czy za przebudowę Puszczy Białowieskiej przyszłe pokolenia na pewno nam podziękują?
Puszcza przecież, z założenia, ma być terenem, gdzie nie rządzi człowiek, lecz przyroda. Czy zrozumie to urzędnik, przyzwyczajony do ingerencji i przymuszany do niej przez cholerny paragraf 9? Najlepszym wyjściem byłoby specjalną ustawą wyjąć Puszczę Białowieską spod tego prawa. Inaczej będzie tak, jak ostrzegał Ryszard Kapuściński: – Wraz z wycięciem lasu, tak zwyczajnie, po ludzku, załatwimy znowu jakąś część naszego świata…


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.