zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Monika Libicka. O śnie Martina Luthera Kinga i wirusie przyzwoitości, na który czekamy

King powiedział wtedy, że marzy o tym, by czwórka jego dzieci żyła w świecie, w którym nie będzie oceniana według koloru skóry, lecz według tego, jakimi są ludźmi. 57 lat później, w sierpniu 2020 roku, w tym samym miejscu przemawiała jego jedyna wnuczka Yolanda. Ta mała, radosna dziewczynka z ogromną pasją sprzeciwiała się ostatnim brutalnym nadużyciom amerykańskiej policji w stosunku do jej współobywateli. Fakt, iż uczennica szkoły podstawowej musiała stanąć przed takim wyzwaniem, świadczy o tym, że marzenie Kinga zostało zrealizowane tylko częściowo. Dzięki jego życiowej postawie i politycznej aktywności, Ameryka odeszła od usankcjonowanego prawem apartheidu, który wprowadzono tam po zniesieniu niewolnictwa. Jednak, jak widać wyraźnie w ostatnich tygodniach, daleko jest jeszcze od zniesienia rasowego apartheidu w ludzkich umysłach. 
Nie zmienia to faktu, że od marzeń zmiany się zaczęły i że to sen Kinga zainspirował ludzi do tych zmian. Wszyscy śnimy o lepszym świecie i może powinniśmy częściej sobie te sny opowiadać – lub im się przyglądać, licząc na ich spełnienie pewnego dnia.
Mój sen, sprzed kilku dni, zapamiętałam bardzo wyraźnie. Śnił mi się świat, w którym COVID zmutował, złagodniał i przestał być dla ludzkości zagrożeniem. Niestety, w zamian, na naszej planecie pojawiła się zupełnie nowa pandemia, dużo bardziej niebezpieczna i powszechna. Nowy wirus Noevil 2020 – agresywny i zakaźny – stał się zagadką. Nie wiadomo, gdzie powstał, jak przeszedł na człowieka i jak rozprzestrzenił się po całym świecie w ciągu zaledwie kilku tygodni. W końcu można się było spodziewać, że ludzkość, nauczona doświadczeniami z COVID-em, znajdzie sposób, by chronić się skuteczniej. 
Na chorobę wywołaną przez Noevil nie było żadnego chemicznego leku ani terapii łagodzącej objawy. Wiadomo było, że jednorazowa infekcja wiązała się z nieuchronnym postępem choroby, a jeśli pacjent wyzdrowiał, to nie nabywał odporności na przyszłe lata, wręcz przeciwnie – objawy mogły wrócić w każdej chwili.
Jakie były skutki tej choroby? Otóż zainfekowani nią ludzie, w przypadku popełnienia jakiegokolwiek przestępstwa lub niegodziwości, kurczyli się. Zmniejszali do rozmiarów dziecka, potem kota, wiewiórki, a na końcu mrówki. W postaci terminalnej – znikali. 
Jak szybko udało się ustalić naukowcom z Oxfordu, jedynym remedium, które zatrzymywało namnażanie się wirusa, była całkowita zmiana zachowania i zapłata za wyrządzone zło – dobrym uczynkiem. Ponieważ znaczna część ludzkości osiągnęła w dość szybkim tempie rozmiary kotów, a wielu polityków błyskawicznie doszło do wysokości wiewiórki, wieść o skutecznej terapii dotarła do najdalszych zakątków świata w ciągu 48 godzin. W krótkim czasie spory sektor zarażonych zaczął zdrowieć i powoli wracać do większych rozmiarów. Na planecie pojawiły się też skutki uboczne pandemii Noevil, które przyrastały w tempie geometrycznym. 
Między innymi w ciągu kilkunastu tygodni zupełnie zanikł handel ludźmi, narkotykami i toksycznymi odpadami. Ustały wszelkie wojny, a nawet drobniejsze spory między sąsiadami. Naukowcy opracowali metodę szybkiej degradacji plastiku, a producenci zrezygnowali całkowicie z toksycznych opakowań, zastępując je wersjami wielorazowego użytku, które każdy konsument miał na własność w ograniczonej ilości. 
Ludzie nagle zrozumieli, że planetę dzielą ze światem roślin i zwierząt, które też zasługują na szacunek i miejsce do życia. Zaczęto regenerować wycinane wcześniej lasy, zamieniać pola rzepaku na łąki, dbać o jeziora i rzeki. Oczyszczono oceany, przywracając w nich biologiczną równowagę. Spadła konsumpcja i tempo wzrostu – zamieniono je na nowe systemy zrównoważonego rozwoju, nastawione na sprawiedliwy podział dóbr, usług i obowiązków. 
Opracowano super smaczne substytuty produktów odzwierzęcych, które zastąpiły mięso i nabiał, co doprowadziło do rezygnacji z industrialnej rzezi zwierząt. Motywowani wyłącznie chęcią poprawy zdrowia, politycy i badacze skierowali fundusze i środki na wynalezienie i upowszechnienie ekologicznych metod pozyskiwania energii. To poskutkowało likwidacją wydobycia paliw kopalnych, a także przyczyniło się do całkowitego powstrzymania emisji cieplarnianych gazów. Nasza planeta dotąd w kolorach szarego betonu, znów zaczęła wracać do barw zielono-niebieskich. 
Co więcej, ludzie uznali, że świat można urządzić tak, by nikt nie chodził głodny i zmarznięty. Właśnie gdy wdrażano kolejne plany reform społecznych... zadzwonił mój budzik. Obudziłam się w świecie, w którym nadal rządzi COVID, średniowiecze miesza się z nowoczesnością, a głównym zagrożeniem wedle rządzących polityków, często wielkości mrówki, są nietopiące się lodowce, płonące lasy i umierające oceany, a młodzi ludzie, próbujący na ulicach bronić prawa do swojego stylu życia, zgodnego z tym, co czują i kogo kochają.
Gdyby Noevil nagle się pojawił, pewno odmieniłby nasz krajobraz. Obawiam się jednak, że tej pandemii – refleksji nad swoim działaniem, połączonej z próbami jego naprawy – możemy jako ludzkość nie doczekać.    


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.