Jeśli mam trochę wolnego czasu, wolę coś poczytać, iść do kina lub pogadać z kimś mądrzejszym ode mnie. Jednak ostatnio ktoś opowiedział mi o pewnym konkursie kulinarnym, w którym jurorzy doprowadzają uczestników do łez. Ponieważ zaś występuje w nim mój ulubiony warszawski szef kuchni, Michel Moran, chciałam przekonać się, jak to możliwe, że na co dzień czarujący i uprzejmy Francuz zamienia się w torturującego bliźnich okrutnika.
Zobaczyłam jeden odcinek i okazało się, że Michel nikogo specjalnie nie torturował, a zamiast tego błyszczał swoim talentem kulinarnym i niesamowitym polskim, który w jego wykonaniu okraszany jest zarówno przepysznymi formami fleksyjnymi, jak i smakowitymi neologizmami. W rolę kata natomiast wcielił się z dużą chęcią i wigorem jakiś mniej znany krakowski kucharz i restaurator.
Program się udał, bo facet się spisał. Zamiast mówić – wrzeszczał, a zamiast nazywać – wyzywał. Uczestnikom leciały z rąk patelnie, łosoś był suchy, jagnięcina surowa, a sos przypalony. Przez parę godzin kucharz „grillował” amatorów, próbujących sprostać trudnym kulinarnym wyzwaniom i scenariuszowi programu. Scenariusz zaś był tak wymyślony, by uczestnicy mogli się skutecznie skompromitować, a widz doznać satysfakcji, obserwując, jak ten, który ma władzę, wyżywa się na jakimś wybranym z grupy frajerze.
O ile wiem, uczestnicy większości takich talent shows mają świadomość, na co się decydują, i godzą się na poniżenie w zamian za zwiększenie swoich szans na dobrnięcie do finału, a potem piętnaście sekund sławy w nagrodę. Kamera skierowana na roztrzęsionego kandydata na kucharza, modelkę czy piosenkarza, który bez słowa i ze łzami w oczach poddaje się chłoście krytyki, dziś nikogo nie dziwi. Wręcz przeciwnie, jest wymaganym elementem każdego szanującego się programu, co nasuwa mi skojarzenie ze znanym eksperymentem profesora Philipa Zimbardo przeprowadzonym w latach 70. na kalifornijskim uniwersytecie w Stanfordzie. Zimbardo stworzył tam sztuczne więzienie i obsadził w roli strażników i więźniów dwie grupy przypadkowo wybranych studentów. Profesor musiał eksperyment przerwać po dwóch tygodniach, bo sprawy zaczęły się wymykać spod kontroli. Uczestnicy tak mocno wczuli się w swoje role, że istniała uzasadniona obawa o zdrowie „więźniów”. Ci, którzy podjęli się roli strażników, wykazywali się bowiem wyjątkową skutecznością i skrupulatnością w dręczeniu swoich kolegów. Wniosek, jaki wysnuł profesor, nie był zbyt optymistyczny: każdy z nas może być potworem, jeśli stworzymy mu do tego odpowiednio dogodne warunki. Wydaje się, że wiele telewizyjnych formatów powtarza to ćwiczenie w lżejszym wydaniu.
Gdy jakiś celebryta, kucharz, fotograf czy fryzjer dostaje w swoje ręce władzę oraz scenariusz, zakładający katowanie bliźniego swego – bywa, że odkrywa w sobie prawdziwego sadystę. Dręczenie ofiary w obecności milionów telewidzów, do tego hojnie wynagradzane, może upajać. Wtedy wyłącza się rozum, hamulce i robi się gorąco, a przecież o to w dzisiejszej telewizji chodzi.
Przypomina mi się tu program, w którym znana restauratorka w ramach akcji ulepszania polskich lokali gastronomicznych gnębiła ich właścicieli i pracowników w świetle kamer i przed ogólnopolską widownią. Uczyła ich lepiej gotować kalafior i prawidłowo przyprawiać kaczkę, a przy okazji dawała widzom programu pokazową lekcję braku manier. Nie wiem, czy nie wolałabym zjeść przypalonego schabowego w kulturalnej atmosferze niż wspaniały krem brûlée w oparach chamstwa.
Pamiętam też, jak w którymś z programów jurorzy wymyślili zadanie, które zmuszało młode kobiety do wejścia w dziesięciocentymetrowych szpilkach na rozpędzoną bieżnię o powierzchni wycieraczki samochodowej. Gdy kolejne uczestniczki spadały lub niebezpiecznie wykręcały kostki, jurorzy (fryzjer, fotograf i projektant bodajże) krytykowali ich koordynację. Nie rozumiem, jak to możliwe, że takie sceny można było nakręcić i wyemitować, bo na ogół, gdy ktoś aktywnie próbuje drugiemu złamać nogę, do akcji wkracza policja lub prokurator. Z litości dla jednego z owych panów nie wspomnę epizodu, w którym tenże obłapiał uczestniczkę za biust, testując jego prawdziwość, a zarazem dowodząc awarii hamulców i mózgów u wszystkich uczestników programu.
Lista wszystkich odcinków „talent szołów”, jakie miałam okazję obejrzeć, jest bardzo krótka, co niewątpliwie podważa moje uprawnienia do wyczerpania tego tematu. Mimo braku szerszej wiedzy w tym obszarze, jestem jednak pewna, że gatunek będzie się rozwijał dalej. Scenariusze zakładające pastwienie się jednego nad drugim na oczach rozbawionej gawiedzi są dziś tak samo modne jak w czasach gladiatorów czy średniowiecznych egzekucji. Dzieje się tak, bo, jak twierdzi profesor Zimbardo, prawie każdy z nas ma w sobie coś z Lucyfera. Jednak „prawie”, jak wiemy, robi wielką różnicę.