zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Marek Kondrat. Znad Renu i Mozeli

Przyznaję, że wówczas przyjąłem to tylko jako żartobliwo-złośliwy bon mot uzasadniający niezbyt udane próby z tym szczepem w warunkach afrykańskich.


W tym roku odbyłem krótką podróż między Wiesbaden a Koblencją i miałem sposobność popróbowania rieslingów w miejscowych weinstube. W zdecydowanej większości były doskonałe. Samo bogactwo rodzajów i roczników jest imponujące – w żadnym z odwiedzonych miejsc nie było mniej niż 300 różnych lokalnych win. Możliwości degustacji także są szerokie, większość bowiem win serwowanych jest z beczek w niewielkich porcjach i nie dotyczy to bynajmniej tylko win młodych, ale także kilkunastoletnich. Mnogość i różnorodność próbek skłoniła mnie do skonfrontowania opinii De Weta z miejscowymi winiarzami. Ich tłumaczenie było długie i choć moi rozmówcy zdecydowanie zaprzeczali takiej tezie, to wydaje się, że nie jest ona li tylko popisem krasomówczym.
Półtora wieku temu reńskie i mozelskie rieslingi były arystokracją win białych – intensywne, z reguły wytrawne i długowieczne (nierzadko w obrocie były rieslingi 50-letnie i starsze) były synonimem wysokiej jakości, a ich pozycję najlepiej określają cenniki z tamtego okresu – wina te były wyceniane przez Europę wyżej niż białe burgundy czy szampany. 
Sytuacja zmieniła się diametralnie pod koniec pierwszej połowy ubiegłego wieku.  Niemcy (a przy okazji pół świata) zalane zostały dosłownie morzem mdławosłodkawego cienkusza, który reputację niemieckich rieslingów zniszczył bezpowrotnie. Dlaczego się tak stało, odpowiedzieć nie jest prosto. Ciekawą, choć kontrowersyjną koncepcję przyczyny tej sytuacji wysunął Roman Niewodniczański (prywatnie właściciel winnej posiadłości Van Volxem w regionie Saary) – uważa, iż leży ona w eksterminacji Żydów przez nazistów. Żydzi, twierdzi, zajmowali się poważnym handlem rieslingami w całej Europie, a jednocześnie byli wymagającymi jego konsumentami (ze względu na nakazy religijne). Gdy ich zabrakło, zabrakło także jakościowej kontroli i naturalnych odbiorców skłonnych zapłacić niemałą przecież cenę. Co zrozumiałe, taki pogląd odrzucany jest przez historyków niemieckich. Wskazują oni (i trudno się z tym nie zgodzić) przyczyny natury ekonomicznej i społecznej. Paradoksalnie, do pogorszenia jakości produkowanego rieslinga najbardziej przyczynił się postęp technologiczny. Wzrost wydajności winnic (z kilkunastu hektolitrów z hektara do grubo ponad 100, a w ekstremalnych przypadkach do 400!) umożliwił masową (bo tanią) konsumpcję, ale dramatycznie pogorszył jakość winogron.  Zmienił się również preferowany przez nowych, aspirujących konsumentów styl win – popularnością cieszyły się wina lekko słodkie, łatwe, niefrasobliwe. Winiarze przyspieszali produkcję, skracając okres fermentacji, i pozostawiali cukier resztkowy, taśmowo wytwarzając blade, nijakie liebfraumilche, a zwiększone spożycie sprawiało, że nie zaprzątali sobie głowy, co się z winem stanie w następnym roku. 
Gdy w latach 70. gusty konsumentów odmieniły się o 180 st. – było już za późno. Wprawdzie winiarze twierdzili, że „nowe” wytrawne reńskie są tylko powrotem do tradycji, ale odbudowanie dawnej jakości przy tak dużych zbiorach nie było możliwe. Powstałe kościste trocken rieslingi nijak mają się do uprzednio wytwarzanych. Masówka, komercja, o pozycji rynkowej której decyduje kilka centów – jest dzisiaj na rynku wszechobecna.
Na szczęście nie wszyscy wytwórcy ulegli demonowi rynku. Wielu producentów rieslingów w Niemczech czy Alzacji (jest ich całkiem sporo, polecam w tym względzie lekturę przewodnika „Wina Europy” Bieńczyka i Bońkowskiego) cały czas utrzymywało klasę, a ich sukcesy na rynkach międzynarodowych skłaniają dzisiaj następnych do naśladowania. Droga do odbudowy pozycji rieslingów jest jednak bardzo mozolna, o ile w ogóle możliwa. W Polsce tym bardziej że milsza podniebieniu wersja dawnego króla białych win jest też, niestety, dla nas trudniej dostępna, nie tylko ze względu na cenę (od kilkudziesięciu złotych w górę), ale także ograniczoną obecność na półkach.


W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.

Urzeczeni niezwykłością tego kraju postanowiliśmy opisać to, co przez kilka dni udało nam się tu zobaczyć, czego posmakować i czym nacieszyć oczy
 

Sztuka jako odtrutka na rzeczywistość. Sztuka jako lustro, bo kto inny pokaże dosadniej? I wreszcie sztuka jako wyraz kontestacji.