zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Małgorzata Brochocka. O Panu Michale, Harrym Potterze i piernikach

Nie będę ściemniać i powiem jasno. Święta Bożego Narodzenia spędziłam przed telewizorem. Wiem – brzmi idiotycznie, że burak jakiś i ignorant ze mnie, że do przyjaciół i rodziny należy się wybrać, kłócić się i obżerać. 
Co roku to robię i wprowadzam atmosferę. Zaczynam od kupna dzieciom kalendarza adwentowego z takimi okienkami – codziennie otwierasz okienko i zjadasz jedną czekoladkę – a dzieci szczęśliwe, choć jedno ma 24 lata a drugie 18. Czyli, że ja traktuję je jak berbecie w wieku przedszkolnym, a one z zachwytem udają, że tak właśnie jest i ta świąteczna ciuciubabka od lat daje nam wiele radości. W tym roku sprawiłyśmy sobie dodatkowy prezent. Zaprosiłam dziewczyny na mikołajkowy wypad do Londynu. Nie macie zapewne wątpliwości, że spotkało się to z przychylnym przyjęciem zwłaszcza ze mną w roli „stawiającego”. Poprosiłam tylko panny o skonstruowanie „programu zwiedzania”. Jak miecz Damoklesa wisiała nade mną perspektywa wizyty w Harrodsie, Selfridges i innych świątyniach shoppingu, mózg zmienił się w kalkulator i nawet rozważałam kredyt. Toteż z nieukrywaną ulgą i sporym szokiem przyjęłam projekt wycieczki do studio Warner Bros. pod Londynem w których mieści się jedyna w swoim rodzaju wystawa dekoracji filmowych do serii o Harrym Potterze. Tuż po przyjeździe do rozświetlonego świątecznym dekoracjami miasta, udałyśmy się na czarodziejską wyprawę i przyznam, że dawno się tak nie bawiłam. Utknęłyśmy w potterowym świecie na trzy godziny i z rozdziawionymi gębami eksplorowałyśmy Hogwart, Privet Drive i ulicę Pokątną. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie wiek bywalców wystawy – dzieci do lat 17 można było policzyć na palcach jednej ręki, zaś dorośli, których przewinął się legion, bawili się jak przedszkolaki. Cudowny dar świątecznego zdziecinnienia.
Choinkę na święta kupuję ogromną, drapie mi sufit, a proces ubierania to takie malutkie rodzinne święto. Zaraz potem lepimy pierniki, czasem z przyjaciółmi moimi, czasem z przyjaciółmi córek. Pierniki to prawdziwy popis zdolności dekoratorskich – mają różne kształty i kolory, a autorów często ponosi fantazja. Były już pierniki w kształcie torebek Louis Vuitton i aniołków z obfitymi biustami. Pierniczki zostawiają w powietrzu taki aromat, który trzyma się przez całe święta. Pakowanie prezentów to też rytuał. Potem układamy je pod choinką i czekamy do wigilii, piorąc po łapach wszystkich tych, którzy ukradkiem próbują do nich zaglądać. A potem już rodzinna uczta, opłatek, wrzaski bratanków, paczki, sterta papierów, sałatka warzywna mojej mamy i genialny sernik bratowej, pasterka z przyjaciółmi. Wizyta u mamy w pierwszy dzień świąt, spotkania z przyjaciółmi w drugi. I tak dalej, i tak dalej…
W tym roku choroba większości uczestników tegorocznych jasełek pokrzyżowała nam plany i tym sposobem miałam szansę zalec na trzy dni na kanapie. Obłożyłam się książkami i zapomniałam o Bożym Świe(ę)cie. Co roku te same programy i filmy: Kevin bez starych, Notting Hill i Lof Akszli (To właśnie miłość, przyp. red.). I co roku Sienkiewicz. Pan Wołodyjowski. I co roku nie mogę się oderwać od ekranu, książki idą na bok, w domu musi być cisza, bo sienkiewiczowskie dialogi piękne, Baśka wdzięczna, Pan Michał rycerski choć malutki, a Azja Tuhajbejowicz paskudny. I mimo że od lat nic się tu nie zmienia, Baśka swawoli w Chreptyjowie, a Azję wciągają na pal, to ja i tak siedzę jak zaczarowana. A gdy padają słowa: „Panie Wołodyjowski larum grają” to już ryczę na całego. Co mnie pociąga w tej starej i troszkę infantylnej historii? Ano chyba świat inny, prostszy, bardziej przejrzysty, zdefiniowany, gdzie panna to panna, rycerz to rycerz, a honor to wartość, za którą się umiera. Władcy i elity nieudaczne ale ojczyzna najważniejsza, humor i fantazja urocza, język serdeczny i piękny i ludzie potrafią sobie szacunek okazać. Niby to wszystko to i w naszych czasach „oczywista oczywistość”, ale na co dzień ze świecą szukać.
Może ta refleksja naszła mnie po dwumiesięcznym śledzeniu wydarzeń politycznych, gdzie jad się leje wiadrami, kłamstwo, obłuda, tchórzostwo, złośliwość, oskarżenia straszliwe, że złodzieje, że gen zdrady, że inny sort. Powie ktoś, że Sienkiewicz to tylko bajka, że przecież rzeczywistość wyglądała inaczej, że tam też zdrada i jad. I tak sobie myślę, że mam to głęboko w tyle. Bo Harry Potter jest dobry i szlachetny, tak jak Pan Michał i Zagłoba, pierniczki pachną, a w książkach niesamowite przygody. I te święta w oderwaniu od rzeczywistości fajne były i szczęśliwe. I dorośli też potrzebują bajek. I w nowym roku 2016 tego wam życzę. Niech bajka trwa jak najdłużej, a co! 


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.