zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Małgorzata Brochocka. Sztuka prostoty

Zaczyna się słota, będzie lało, będzie zimno, ohydnie i dopadnie mnie deprecha. Deprecha zaczyna się już przy drzwiach do garderoby, bo otóż „nie mam co na siebie włożyć”. 
Za każdym razem kiedy to się zdarza czuję się jak upośledzona umysłowo. Bo jak to jest możliwe, że mając szafę, z której się wylewają ciuchy, niektóre trzeba wręcz dopychać nogą, cisną się na usta takie głupie słowa. I o ile mi wiadomo, cisną się wszystkim kobietom na globie. 
Odpowiedzią jest moda. Potrzeba bycia na czasie, bezrozumnego ścigania tego, co widzimy w gazetach i na reklamach. Kobiece magazyny pokazują nam jak legiony projektantów dwa razy do roku kreują dla nas kolekcje, które są tak piękne, że „musimy ją mieć” i tak drogie, że i tak nas na nie nie stać. Frustracja gotowa. Gazety i strony internetowe wypchane są poradnictwem, co i w jakiej kolejności na siebie założyć, jakie kolory i wzory i na jaką porę dnia. Pisma plotkarskie pokazują nam celebrytów, których głównym zajęciem zdaje się być wyłącznie ubieranie się w markowe ciuchy, pożyczanie butów i torebek, wyliczanie co ile kosztowało i pokazywanie się w tym na ściankach. Czyli ciuch, moda, szyk, lans na drogą kieckę, to jest kwintesencja życia, jakie kulturalny i aspirujący człowiek powinien prowadzić. I nieważny jest konflikt na Ukrainie, państwo islamskie obcinające dzieciom głowy i szalejący wirus Ebola, ale kto i jaką spódniczkę zaprezentował na promocji mydła dla psów i ile ona kosztowała. Nie masz torebki z najnowszej kolekcji Prady – nie istniejesz. 
Tymczasem jak donoszą najnowsze badania opinii wykonane na zlecenie serwisu Allegro, dla 30 procent respondentów najważniejsza w modzie jest wygoda i swoboda, czyli generalnie jeansy, T-shirty i dresowa bawełna. Dla 25 procent ważna jest schludność i czystość. A więc okazuje się, że poważna część społeczeństwa ma styl, szyk i elegancję w nosie. Do tego z analiz wynika że 50 procent badanych posiada maksymalnie 5 par butów natomiast 14 procent minimum 10 par. Aby sprawę bardziej skomplikować w sondażu stoi, że 75 procentów respondentów uważa, że Polacy ubierają się dobrze, zaś 80 procent twierdzi, że to jak się ubieramy jest dla nas ważne.
Nijak mi się te zestawienia nie trzymają razem kupy ale, ok, Polak zawsze był trochę dziwny. 
Tak więc zdając sobie sprawę ze swej próżności babskiej i ograniczeń spowodowanych uwarunkowaniami płci, z ogromną przyjemnością przeczytałam książkę Dominique Loreau pt. „Sztuka prostoty”. Podarowała mi ją przyjaciółka, dziennikarka i celebrytka z gatunku tych, które posiadają mózg i nie wahają się go używać, sama pozycją zauroczona. Książka bowiem traktuje o tym, jak swoje życie oczyścić ze zbędnych emocji, rzeczy, mebli, kosmetyków, nieudanych przyjaźni, nawyków żywieniowych i oczywiście ciuchów. No tu trafiła w punkt.
Postanowiłam niezwłocznie poddać się radom i obiecałam sobie solennie, że oczyszczę życie, oczyszczę wszystko co mi wpadnie w ręce. Zaczęłam więc od szuflad biurka. Poszło średnio, ale doszłam do wniosku i odbiję sobie na szafie.
Zdanie: „Wszystko co człowiek ma, powinno się zmieścić w jednej lub dwóch torbach podróżnych”. Hmmm… z niepokojem spojrzałam na kanapę i mój ulubiony fotel. Ale ok, autorce na pewno nie chodziło o meble, tylko o ubrania. Czytam więc dalej. „By stworzyć urozmaiconą garderobę, najmądrzej jest ograniczyć się do palety dwóch, trzech tonów”. Cholera, moja garderoba przypomina paletę malarza, mam tu wszystkie tony i kolory i nie wiem, którego się pozbyć, a który zostawić. „Wyrzuć wszystko co jest zdekompletowane, za stare, za małe…”. Za stare? A moje kaszmirowe płaszcze, a moja sukienka Diora sprzed 20 lat, a torebki, a... Za małe? A jaka pozostanie mi motywacja żeby schudnąć do rozmiaru sprzed matury? Trudne, oj trudne. Kolejna rada: „Zostaw tylko to co naprawdę lubisz” – no wreszcie…
Dopchnęłam ciuchy kolanem, domknęłam szafę. Zostawiłam tylko to co naprawdę lubię, czyli wszystko. Książka Dominique jednak dała mi do myślenia, zainspirowała. Muszę nad sobą popracować, ograniczyć owczy pęd do gromadzenia przedmiotów. Żeby mnie nie przytłoczyły, żeby nie stały się najważniejsze i żeby mi nie przysłaniały prawdziwego życia.


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.