zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Małgorzata Brochocka. ... przeminęło z latem

Otrzeźwienie spadło nagle, wytaszczyło kalosze i ciepłe kurtki ze schowków, a najbardziej pożądanym obiektem uczyniło parasol. Wpatrując się w deszcz za oknem, wracam wspomnieniami do okresu wakacji, które, jak sądzę, dały nam popalić.
Na wstępie zaznaczam, że nie napiszę nic o krzyżu na Krakowskim Przedmieściu, bo jestem praktykującą katoliczką, a ta żenująca zadyma obraża moje uczucia religijne.
Jednym więc z najważniejszych wydarzeń był mundial w RPA. Atrakcyjne rozgrywki przykuły do telewizorów większość męskiej populacji. Jako osoba kompletnie futbolem niezainteresowana, rzuciłam pobieżnie okiem na to, co działo się w telewizji, i w pamięć wryły mi się dwie rzeczy: robiące nieprawdopodobny harmider wuwuzele oraz... mój ulubiony sędzia Howard Webb. Bowiem kochany Webb i tym razem nie zawiódł. Podczas jednego meczu wystawił 16 żółtych kartek, i to tylko zawodnikom jednej drużyny – Holandii. Tolerancyjni Holendrzy chyba go już nie lubią. O ile dobrze pamiętam, nietolerancyjni Polacy też. Jak tak dalej pójdzie, to łysy arbiter będzie miał poważny problem z wyjazdem na wakacje poza Wielką Brytanię. Antyle Holenderskie oraz północną Europę  już odradzam.
Najlepszym celem wakacyjnym dla Polaków jest Chorwacja, która i w tym roku okazała się mekką turystów z północy Europy. Kraj to piękny, ludność przyjazna i wyjątkowej urody, język giętki, acz podobny do naszego, więc dogadać się można, a oprócz tego krajobraz Dalmacji – wyspy, dzikie plaże, mnóstwo słońca i kolorowych kwiatów. Błędem byłoby nie wspomnieć o wspaniałych owocach morza i miejscowym winie, bez którego nie wyobrażam sobie wakacji. Płynąc wielką łodzią żaglową wzdłuż wybrzeży Dalmacji, miałam nadzieję, że ta bajeczna podróż nigdy się nie skończy. Skończyła się, niestety, w pozbawionym air condition porcie lotniczym w Splicie, w którym zapomniano, że w czasie wakacji liczba podróżujących jest kilkakrotnie większa niż w ciągu roku. W 40 st. C w pomieszczeniu bez wentylacji i możliwości wyjścia na zewnątrz cały wakacyjny wypoczynek diabli wzięli. Mdlały dzieci, staruszkowie padali jak ołowiane żołnierzyki. Cud, że uszliśmy z życiem!
Tegoroczne wakacje w kraju też miały swoje mniej przyjemne strony. Otóż policja drogowa w tym roku jakby wyraźniej wzięła się do pracy. Tym samym pisząca te słowa stała się mimowolnie gwiazdą filmów krótkometrażowych kręconych przez dzielnych funkcjonariuszy amatorską kamerą wzbogaconą o urządzenie do pomiaru prędkości. Zaistniała także jako bohaterka sesji zdjęciowych organizowanych dorywczo przez urzędy gmin na terenie kraju za pomocą fotoradarów. Tym sposobem udało mi się podczas jednych wakacji zdobyć jakieś 32 punkty karne. Żal był straszny, bo właśnie kupiłam sobie nowe auto, a panowie z drogówki nijak nie dali się przekonać, że jak się kupuje coś nowego, to trzeba to niezwłocznie wypróbować. Z tego, co wiem, nie jestem sama. Wśród aspirujących do ponownego sprawdzenia kwalifikacji do prowadzenia pojazdów są dwie gwiazdy telewizji, jeden znany malarz, kilku dziennikarzy i paru celebrytów. Wniosek nasuwa się sam. Jeżeli chcesz podróżować po naszym pięknym kraju, ale niekoniecznie włócząc się kilkusetkonnym autem z prędkością 50 km/h, co, jak łatwo policzyć, oznacza w najlepszym wypadku ośmiogodzinną podróż z Warszawy na Wybrzeże i rozstrój nerwowy, musisz zafundować sobie co najmniej motolotnię. Z usług PKP nie sugeruję korzystać.
Jednak głównym bohaterem tego lata była kapryśna aura. Deszcze, powodzie i generalnie nadmiar wilgoci dał się wszystkim we znaki w mniejszym lub większym stopniu. Niektórzy stracili cały dobytek lub dach nad głową, inni tylko nerwy. Patrząc na moją piwnicę, do której z siłą wodospadu przez drzwi garażowe wlewała się woda, zmieniając moje piwniczne pomieszczenia w prywatny, acz mętny basen, odczułam wreszcie na własnej skórze grozę tego, co innych dotknęło w bardziej namacalny sposób. Choć w moim przypadku ofiarą ulewy padło tylko kilka par butów. Moja mała piwniczna katastrofa dała mi także pojęcie, jak ważna w nieszczęściu jest ludzka solidarność i współczucie – w postaci moich przyjaciół, którzy z pompą i wiaderkami pomagali mi osuszyć mokre pomieszczenia. I to jest fajne wakacyjne odkrycie. I mam nadzieję, że nie odejdzie wraz z latem.


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.