zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Małgorzata Brochocka. O jodze, promocji i świętach Bożego Narodzenia

Nie wiem jak wy, ale ja właśnie późną jesienią odczuwam największe zmęczenie. Stres staje się bardziej dotkliwy, cień krótkich dni się wydłuża i czyni przykrości i smutki większymi niż są w istocie. Zniechęcona końcem słonecznego lata, co roku jakoś dociągam do Świąt Bożego Narodzenia, a potem powtarzam sobie: „Byle do wiosny”.
Tej jesieni tak samo odczułam znużenie życiem, praca stała się utrapieniem a nie przyjemnością, wygląd zaczął szwankować, a zbędne kilogramy solidnie przeszkadzać. Toteż z dziką radochą przyjęłam zaproszenie do Siedliska Morena na Mazurach na weekend z nauczycielką jogi, Kasią Bem i jej autorskim detoksem. Z Kasią znamy się jeszcze ze studiów, pomyślałam, że fajnie byłoby się spotkać po latach. Ale fajnie by też było oczyścić organizm z toksyn, głowę ze złych myśli, no i siłą rzeczy choć już nie fajnie, portfel z pieniędzy.
Pojechałam jak szalona na Mazury, uciekając od wszystkiego co wkurza i była to świetna decyzja. Przez bite trzy dni jadłam zieleninę, robiłam dziwne asany i spałam na przemian. Mojego dobrego samopoczucia nie popsuła ani pozycja psa ani nawet dzień całkiem postny, w którym to wyłącznie piłam bulion warzywny. Pierwsza porcja wydała mi się mega smaczna. Przy ósmej przyrzekłam sobie, że więcej tego paskudztwa nie wezmę do ust, przy dziesiątej chciałam rzucić się na kotlet gości z sąsiedniego stolika. Z pożądaniem zerkałam też na psią miskę. Ale przeżyłam, a mój lekko wystający brzuszek przybrał kształt znany mi z czasów matury. Cudo!
Przy okazji poczytałam sobie książkę Kasi, o jodze, oddychaniu i życiu. I zanotowałam taką radę – dąż do prostoty, pozbądź się zbędnych rzeczy, kiedy kupujesz jedną rzecz pozbądź się dwóch starych. Dąż do prostoty. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Jak się dłużej zastanowić to współczesny świat tej prostoty skutecznie nas pozbawił. Kiedyś, jak człowiek był głodny to upolował jelenia, wyrwał z ziemi buraka i jadł. Dziś musimy pójść do sklepu, gdzie wspaniali spece od marketingu wmówią nam, że nie burak i jeleń tylko wieprzowina, bo tańsza i w okazyjnej cenie, do tego ziemniaki pure instant i na deser czipsy. A jak dokupimy keczup w promocji „dwa opakowania w cenie jednego” to nasze szczęście sięgnie zenitu. No i żre potem człowiek ten promocyjny keczup nawet do płatków owsianych, a dietetycy wyją, że się źle odżywiamy.
Drzewiej jak człowiek był zmęczony, to kładł się na trawie pod drzewem i odpoczywał. Teraz musisz bracie zapłacić ciężkie pieniądze żeby wynająć miejsce z tym drzewem, pod którym zalegniesz na tydzień, drugie tyle za żonę, bo może dzieciaki gratis. Przed laty kobieta, żeby wyglądać ładnie, malowała na czerwono usta i na czarno oczy. Dziś uwierzywszy chirurgom plastycznym, że ich usta służą nie tylko do całowania, pompuje je różnego rodzaju paskudztwami, przypominając potem z wyglądu Frankensteina z odczynem alergicznym. Kiedyś, gdy człowiek chciał się ubrać, przywdziewał lniane giezło. Dziś musi nabyć kolekcję dwa razy do roku, bo inaczej ujdzie za ignoranta. Wydawnictwa wydają magazyny, które mają za zadanie przekonać nas, że do pełni szczęścia potrzebne nam są rzeczy kompletnie niepotrzebne, a potrzeba ta jest tak silna że jesteśmy w stanie dla niej zabić. Najlepszy przykład to choćby ostatnie wydarzenie w sklepach H&M, gdzie ludzie, aby nabyć wzory znanego i drogiego projektanta, uszyte przez sieciówkę, omal się nie stratowali się i nie pozabijali. 
Rządzi nami chęć posiadania. Rzeczy posiadane są wyznacznikiem naszego statusu, luksusem, który odróżnia nas od innych – czytaj gorszych. Czasami jednak ta miłość do rzeczy – którą ja też wyznaję, żeby nie było! – przyjmuje całkowicie absurdalne kształty. Mam tu na myśli znany tygodnik dla kobiet, dodajmy wyrafinowanych intelektualistek, w którym niedawno przeczytałam jeden z listów do redakcji oznaczonych jako „List tygodnia”. Autorka opisywała rozstanie z mężem po dwudziestu latach małżeństwa. W liście dojmujący ból, cierpienie, rozczarowanie, mała wiara w przyszłość, jednym słowem kupa nieszczęścia przedstawiona w bardzo osobisty, intymny, poruszający serce sposób. Podpis Redakcji, cytuję: „Autorka listu otrzyma zestaw kosmetyków do pielęgnacji twarzy marki bla bla bla...”. Dziękujemy, gitara do zobaczenia za tydzień! 
No szlag mnie trafił! Twoje serce na dłoni za krem? Twoje cierpienie, a w nagrodę pomadka? Gdzie jest granica braku empatii, klasy, dobrego smaku, którą tak beztrosko przekraczamy na co dzień? Czy uczuciami i poczuciem taktu też rządzi cholerny marketing?
Za chwilę święta Bożego Narodzenia, które znowu wykreujemy na wzór tych przedstawianych w ilustrowanych gazetach. Napakujemy sobie kolorowych świeczek, bombek z pozytywką na choinkę, poroża nad kominkiem i foteli w szkocką kratkę, bo tak sugerują eleganckie żurnale, przekonując że bez tego żadnej świątecznej magii nie uświadczymy. Ale może, przy odrobinie szczęścia, uda nam się nie zgubić sensu Świąt, rodziny, miłości, ulotnych chwil, z tymi którzy są dla nas naprawdę ważni. Może uda się cieszyć tym co mamy, przy całkiem niemodnej choince, nie do końca perfekcyjnych pierogach i prezentach nie zawsze udanych. Krótko mówiąc życzę Wam aby upiór poświątecznych wyprzedaży nie przysłonił wam ducha świąt. Merry Christmas!


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.