I w ciągu dnia darkroom, bo chmury ołowiane zasnuwają całe niebo i słoneczka nie widać. A jak już raz na jakiś czas wychynie zza chmur, to społeczeństwo wylewa się na ulice i dokazuje jak źrebięta na padoku. Ale jak wszystkim wiadomo, słoneczko w listopadzie to raczej senne marzenie, więc pogoda szybciutko się kończy i ludożerka znowu kapcanieje. Stupor i marazm.
Nic więc dziwnego, że wymęczona tą podłą, depresyjną atmosferą padam wieczorem z nóg i utyskując pod nosem na pogodę, polityków (na polityków zawsze można wszystko zwalić) i Radio Maryja, siadam na kanapie. Przez kilka minut wyrywam pilota Bogu ducha winnemu dziecku oglądającemu z zacięciem głupawe seriale na Disney Channel, by z przechwyconym z niemałym trudem technicznym trofeum zrobić przegląd rodzimej produkcji rozrywkowej.
I oto co znajduję.
Na początek trafiam na program kuchenny. Znana Restauratorka pokazuje mniej znanym restauratorom, jak z podrzędnej budy z kebabem zrobić dochodową knajpę. Wysiłek straszny, bo najpierw właścicielom i personelowi trzeba udowodnić, że ich kebab jest do chrzanu, wytłumaczyć, że nie można podawać mięsa, które od tygodnia leży w szafce pod zlewem w foliowej torbie, pokłócić się z podkuchennymi i na koniec przemeblować cały lokal, żeby zrobiło się wykwintnie. Program trzyma widza w napięciu, towarzystwo się kłóci i wyzywa, używając słowa na „k”, potem Restauratorka podaje danie nijak nieprzypominające kebabu i ku rozpaczy kebabiarzy odtrąbia sukces. Najfajniej jest dopiero po jakimś czasie, kiedy nasza bohaterka wraca, aby zobaczyć, jak jej dzieło mierzy się z rzeczywistością, i znajduje co? – kebab. Publiczność bije brawa, program się kończy.
Na innym kanale Znany Warszawski Restaurator, nawiasem mówiąc o tym samym nazwisku co Znana Restauratorka, pokazuje potrawy ze swojej własnej, modnej restauracji w sercu stolicy, opowiadając o genezie poszczególnych dań kuchni polskiej. I robi to nader ciekawie, omawiając pierogi czy gęsi pipek, i opieprzając przy tej okazji personel, nie używając słów na „k”, choć jego wyraz twarzy jasno pokazuje, że chciałby czasami.
Klikam pilotem i znajduję wyścig szczurów-modelek. Nie wiem, o czym jest ten program, i uczestniczki oraz realizatorzy też nie wiedzą, bo prowadząca program „Top model” mówi w jakimś dziwnym, nie całkiem zrozumiałym narzeczu. „Szoł mi co potrafisz”, „zostanie tilko jedna dziewcina”, „szyskie jesteście piekne” to wyrażenia nie zawsze zrozumiałe zarówno dla widzów, jak i zmagających się z karkołomnymi zadaniami. Uczestniczki programu wykonują różne idiotyczne, nikomu do niczego niepotrzebne (a już na pewno nie modelkom) zadania. Chodzą po linie, boksują, wpadają do wanny z wodą w samej bieliźnie lub paradują przed obiektywem aparatu ubrane jedynie w zaskrońca. Czasami wymknie im się słowo na „k”, co jest w tym przypadku nader zrozumiałe. Na koniec jedna „dziewcina” odpada. Jak łatwo zauważyć, z reguły odpada ta, która najgorzej udawała, że rozumie, co się do niej mówi.
Kolejny szoł z uroczym prześmiewcą w roli głównej, a tam dwóch znanych aktorów, przy czym jeden zabawniejszy od drugiego. Świadomie unikają słów na „k”. Nudno. Przełączam na kolejny program. Tam inny uroczy prześmiewca udaje, że przepytuje gości, bo zadaje im pytania i sam od razu udziela odpowiedzi, nie dopuszczając przepytywanych do głosu. Tym razem ja używam słowa na „k”, bo goście fajni i mógłby się człowiek dowiedzieć czegoś ciekawego, jeno nie może, bo mu gospodarz programu nie pozwala. Na koniec zaś pokazuje wszystkim swoje cztery litery. Lecimy dalej. Polska Oprah Winfrey przepytuje wielbicielki solarium na temat sztucznego opalania. Z wypowiedzi wizytujących program wynika, że solarka służy do: a) wyrwania chłopaka w dyskotece, b) upodobnienia się do wczesnego Michaela Jacksona, c) zrobienia kariery w szołbiznesie „wszelkimi dostępnymi metodami”. Słowo na „k” aż się prosi.
Wyłączam telewizor zdegustowana do reszty jakością sieczki płynącej z ekranu. Iloraz inteligencji spada mi gwałtownie niczym u czterdziestolatka na widok małolaty z Parzęczewic. Słowo na „k” ciśnie się na usta, ale go nie wymówię, bo dziecko małoletnie siedzi obok i słucha.
Następnego dnia włączam telewizor rankiem i widzę kulturalną dyskusję autorytetów. Już się cieszę, że nareszcie IQ nadrobi wczorajsze spadki, jako że dyskusja toczy się wartko i to we właściwym kierunku. Nareszcie jest kulturalnie, dowcipnie i treściwie. Oto telewizja, której pożądam. Oto program dla mnie, zaspokajający moje ambicje, nareszcie coś interesującego, parnas intelektualny... ambrozja elokwencji...
I nagle z ust prowadzącego pada słowo na „k”...