zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

James Blunt. Lądowanie na księżycu

James nie wyglądał jak dobrze ustawiona gwiazda rocka ani jak były żołnierz. Niebieskie dżinsy i biały T-shirt z szarym widoczkiem podpisanym greckim alfabetem. Przeciętny facet koło czterdziestki, mający w sobie typowe rysy... Angola! Przyjazny uśmiech na twarzy. Widać profesjonalne podejście do kolejnej promocyjnej rozmowy. O swojej nowej, czwartej płycie, „Moon Landing”, mówił dosyć szybko, tym charakterystycznym niezbyt męskim głosem, którym wyśpiewał słynny hit „You’re Beautiful”. Pewny siebie, ale nie zarozumiały, dosyć dowcipny i sprytny, by zgrabnie omijać zbyt osobiste pytania. Miły i inteligentny facet do pogawędki na każdy temat. No i chyba nadal wolny! Z Jamesem Bluntem rozmawia Roman Rogowiecki.  

 

Czym zaskoczysz fanów na nowej płycie, która ma intrygujący tytuł „Lądowanie na księżycu”?
Nagrałem nowy album, „Moon Landing”. Dałem mu taki tytuł, bo wróciłem do pracy w studiu, jak przy pierwszej płycie. Zamiast nagrywania z całym zespołem, wróciłem do gitary elektrycznej i postanowiłem zrobić album bardziej rockowy. Zrezygnowałem z dużej produkcji; poleciałem do Los Angeles i pracowałem z producentem Tomem Rothrockiem, który zrobił moją płytę „Back To Bedlam”. W studiu było nas tylko dwóch – on i ja. Myślę, że czuje się w tych nagraniach nostalgię, podejście starej szkoły, co daje jej pewną romantyczność. Coś w stylu prawdziwych lądowań na księżycu, które były przecież niesamowitymi wyczynami całej ludzkości. Mam nadzieję, że osiągnęliśmy na tej płycie coś takiego, coś porównywalnego do pierwszej miłości.


Właśnie, większość twoich piosenek dotyczy miłości. Czym jest miłość dla 40-letniego Jamesa Blunta? Wiem, że to trudne pytanie.
Czym jest dla mnie miłość? No cóż, życie to nie jest próba generalna. Trzeba umieć wypełnić je do granic możliwości. I przede wszystkim dzielić się nim ze swoimi przyjaciółmi. Nowe piosenki są o miłości. 


Czy jesteś teraz zakochany i czy te piosenki są zainspirowane twoim życiem?
Tak, piszę piosenki oparte na moich życiowych doświadczeniach, więc jeśli słyszysz moją piosenkę na temat miłości, czekania na nią lub samotności, to one wszystkie mają źródło w prawdziwych przeżyciach. Staram się te uczucia uchwycić w utworze i mam nadzieję, że każdy to usłyszy. I że jakoś się do tego odniesie, że może będzie mu to nawet bardzo bliskie.


Czy po czterech płytach o miłości nie masz kłopotów ze znalezieniem nowych słów na jej opisanie?
Hm, tak, każda płyta to pewna podróż. Pierwsza była prosta; druga bardziej głęboka, o bogatszej muzyce nagranej z zespołem; trzecia nagrana z wieloma muzykami i za ogromne pieniądze w drogich studiach; i ta czwarta, przy nagrywaniu której pozbyłem się tego wszystkiego i postanowiłem być ze sobą bardzo szczery. Nie zastanawiałem się, jak zareaguje publiczność. Mam wrażenie, że to jest taka płyta, jaką bym nagrał, gdyby album „Back To Bedlam” był porażką.


Skoro mówisz o „Back To Bedlam”, to czy fantastyczny sukces w postaci sprzedanych 12 mln płyt okazał się błogosławieństwem, czy przekleństwem dla twojej kariery?
Miałem szczęście sprzedać jeszcze trochę płyt i stwierdzam, że dla mnie jest to wielkie błogosławieństwo. Uważam siebie za szczęściarza, bo sprzedanie tylu płyt i ruszenie na wielkie trasy koncertowe, kiedy to mogłem pokazać się również przed wami, było dla mnie ogromną przyjemnością. Uwielbiam każdą minutę takiego życia. Ten sukces dał mi też wolność w sprawach muzycznych. Nie muszę pisać z myślą, by ta muzyka się sprzedała czy żeby podobała się ludziom z wytwórni płyt. Piszę i nagrywam to, co chcę, i trzymam kciuki, by wam te piosenki też się podobały.


Oby tak było. A która piosenka o miłości jest tą najlepszą, jaka kiedykolwiek powstała? 
Hm, nie wiem. Szczerze mówiąc, mój gust preferuje piosenki z klimatem samotności albo smutku. Zapewne znasz utwór grupy U2 „One”, który brzmi wspaniale i ma w sobie tę nutkę smutku.


To ciekawe, bo ów smutek przejawia się w twoich klipach, jak choćby w „You’re Beautiful”. Jak to możliwe, że facet odnoszący takie sukcesy robi takie dziwne i melancholijne klipy, choć prywatnie jest miłym i wesołym człowiekiem?
Ha, ha… to chyba kwestia bycia człowiekiem. Życie to nieustanne potyczki, bycie otoczonym ciągle przez innych ludzi. Samotnym, z własnymi myślami jest się dopiero po śmierci. Życie zaś to walka o przetrwanie. Poczucie izolacji i samotności jest mi bliskie, ale rozumiem, że celem życia jest bycie z innymi ludźmi i dzielenie się wszystkim. Sukces nie polega na pieniądzach czy sławie, tylko na osiągnięciu szczęścia, a to mierzy się liczbą przyjaciół i tym, w jak bliskich kontaktach się z nimi pozostaje.
Wspomniałeś o śmierci, Bóg pojawia się w twoich tekstach. Czy jesteś osobą uduchowioną?
Jestem osobą praktyczną. My, ludzie, dzielimy obecnie tę planetę między siebie. Bez względu na kolor skóry, wyznanie, religię czy orientację seksualną mamy wspólne więzi, istnieje między nami szersza świadomość. Można to nazwać pewną postacią Boga, ale ja czuję związek ze wszystkimi ludźmi – i to jest siłą napędową moich tekstów. 


Grasz dobrze na kilku instrumentach – pianinie, skrzypcach, gitarze. Przy jakim instrumencie piszesz swoje piosenki?
Przede wszystkim piszę w miejscach, w których jest cicho, głównie przy pianinie. Kocham pianino, to najbardziej niesamowity instrument, bo gdzie by się nie uderzyło, płyną wspaniałe dźwięki. Trudno podróżować z pianinem, więc biorę ze sobą gitarę, bo to też cudowny instrument, nie jakiś komputer, który się programuje. Gitara to prawdziwy instrument, wydający dźwięki będące przedłużeniem osobowości. Ktoś z grubszymi palcami zagra inaczej niż ktoś z chudymi palcami. Dlatego moje piosenki brzmią odmiennie od tego, co się słyszy w radiu, od tych skomputeryzowanych dźwięków. Komputer nie ma, według mnie, duszy ani serca, natomiast moje granie zawiera ludzki pierwiastek i wierzę, że jest to słyszalne też dla słuchaczy.


To prawda. Jak wiesz, wiele osób, szczególnie kobiet, lubi twój głos. Jak ty sam go oceniasz?
Urodziłem się z takim głosem i nie powiem, żebym czuł się z nim zbyt wygodnie. Kiedy słyszę swój głos w radiu, to przyznaję, że wywołuje to we mnie pewne uczucie bólu (śmiech). To typowe dla wielu wokalistów, taka samoocena. 


Czy studiowanie socjologii pomogło ci zrozumieć, jak działa show-biznes? 
Tak, studiowałem socjologię i to mi się podobało, ale nie wiedziałem, w jaki sposób ta wiedza mogłaby się przydać w normalnym życiu. Jednak teraz przydaje się przy pisaniu tekstów. Napisałem pracę na temat związku image’u z produkcją idola muzyki pop, więc wychodzi na to, że na uniwersytecie zgłębiałem branżę, w jakiej teraz działam.

Czyli że tę wiedzę sprawdziłeś na sobie?
Tak, studia szły mi dobrze, ale nie wiem dokładnie, jak to się stało, że wiedza zaprocentowała w moim życiu i karierze. Przydała się w tekstach, bo socjologia to nauka o społeczeństwie.


Czy uważasz, że jako artysta solowy jesteś autokratą, który nie słucha innych, tylko robi, co chce?
Artysta solowy to ciekawa profesja. Z jednej strony, sam podejmuję decyzje i nie muszę opierać się w każdej sprawie na głosowaniu całego zespołu. To moja kariera i jeśli idzie dobrze, to moja zasługa, a jak źle, moja wina. To ma zalety, jak choćby moje nazwisko na bilecie. Z drugiej strony, oznacza to pewną izolację. Dobrym przykładem jest stwierdzenie, że ktoś kocha Jamesa Blunta, bo ja to traktuję personalnie. Podobnie gdy ktoś powie, że nienawidzi Jamesa Blunta – przyjmuję to osobiście. Inaczej jest, gdy ktoś powie, że nienawidzi Coldplay. Nie jest to takie personalne, bo odnosi się do zespołu albo do jego brzmienia. W moim przypadku nazwisko to nazwa zespołu.


Jaki wpływ na wychowanie miały tradycje wojskowe w twojej rodzinie? To kojarzy mi się z pewną dyscypliną i posłuszeństwem.
Tak, pochodzę z takiej rodziny, mój tata był pułkownikiem w wojsku i ja też na sześć lat wylądowałem w armii. Jednak mój tata nie miał zapędów wojskowych w domu, byliśmy sobie bliscy, nie musiałem mówić do niego „sir” lub salutować z rana. W sumie byliśmy taką staroświecką angielską rodziną i jestem za to wdzięczny rodzicom, bo opiekowali się mną bardzo dobrze. Mam wrażenie, że moje doświadczenia z wojska bardzo mi się teraz przydają. Objechałem świat w czołgu i zawsze polegałem na całej mojej załodze, a teraz podróżuję autobusem, z zespołem i ekipą techniczną, która jest tak dobrze zorganizowana i zaprogramowana jak oddział wojskowy.


Czy masz jakiś ulubiony film lub książkę na temat wojny? Albo ulubionego dowódcę wojskowego w stylu Aleksandra Wielkiego bądź Napoleona?
Jeśli chodzi o dowódców, to dziwne pytanie. Oczywiście byli tacy ludzie, w Anglii kimś takim był dla wielu Churchill. Sam pracowałem z wieloma świetnymi dowódcami i w 1999 r. byłem na wojnie w Kosowie, gdzie poznałem wielu znakomitych żołnierzy. Ja jednak nie podziwiam takich ludzi. Bliżej mi do tych, którzy rozumieją ogromny smutek, jaki dla cywilów niesie ze sobą wojna. To właśnie oni cierpią najbardziej i płacą najwyższą cenę za to, co się dzieje. Oni potrzebują nadzwyczajnej siły, by to przetrwać i żyć dalej.


Czyli nie masz ulubionej książki lub filmu na temat wojny?
Nie, choć wiem, że powstało dużo filmów, które pokazują wojenną tragedię. Moim zdaniem wojny nie można gloryfikować. Z tych popularnych tytułów bardzo podobała mi się świetna „Lista Schindlera”. Również „Pianista” to znakomity film, który uchwycił romantyzm jednostek, ale pokazał także zło, jakie niesie wojna.


To miłe, co powiedziałeś, bo to film Polaka, Romana Polańskiego.
Tak, to niesamowity obraz.


Pobyt w Kosowie musiał odbić się na twojej psychice. Jak to wpłynęło na twoje postrzeganie życia?
Zostałem wysłany do Kosowa w roli oficera kawalerii oddziału wykonującego rekonesans niezbędny do ustalenia pozycji do bombardowań przeprowadzanych przez siły NATO. To niesamowite przeżycie, gdy przybywa się z takiego spokojnego kraju jak Anglia do kraju pogrążonego w takim chaosie jak wtedy Kosowo, gdzie ludzie dokonują na innych aktów ludobójstwa. To było porażające doświadczenie. Widziałem wielką tragedię tego świata. Najciekawsze było to, że poznając Albańczyków czy Serbów, widziałem, że oni mają w sobie te same lęki i te same nadzieje oraz taką samą chęć życia jak przeciętny Anglik czy Polak. Ja zawsze widzę w każdym człowieka, tak też patrzę na publiczność, kiedy dociera do niej moja piosenka. Mnie i słuchaczy łączą podobne ludzkie emocje. To mi się bardzo podoba, to wspólne ciepło.


Jak odbierasz te obecne konflikty w Afganistanie czy widmo wojny w Iranie? Jak to wygląda z punktu widzenia pacyfisty?
Uważam, że wszyscy ludzie mają w sobie pacyfizm. W Polsce z wiadomych powodów doskonale rozumiecie, jakie zniszczenie niesie wojna i że nigdy nie ma ona dobrego zakończenia. Wojny w Afganistanie czy Iraku nikomu nie służą. 


Teraz coś weselszego. Czym różni się twoje życie w szwajcarskich Alpach od tego na Ibizie, która tętni kulturą klubową? Czy do niej należysz?
Tak, mam domy w Szwajcarii i na hiszpańskiej Ibizie. Uwielbiam te miejsca, bo lubię otwartą przestrzeń. Szwajcaria ma niesamowite góry i fantastyczne jeziora. Jest piękna zimą i latem. Ibiza to cudowna wyspa ze wspaniałymi plażami i lasami. Tam jest inna kultura i inny sposób na życie. Podoba mi się życie w obu tych miejscach, bo spotykam tam bardzo różnych ludzi.


W twojej muzyce nie słychać klimatów muzycznych, jakie są powszechne na Ibizie.
Dominuje tam muzyka elektroniczna. Moja muzyka jest zupełnie inna, ale podoba mi się to, co się w niej dzieje. Staram się przekazać prawdziwe ludzkie uczucia; najlepiej można to zrobić, używając instrumentów, które to uchwycą. Doceniam jednak wszystkie style, w tym muzykę dance.


Jesteś świetnym narciarzem. Czy próbowałeś kiedyś skoków narciarskich?
Uwielbiam narciarstwo i jeżdżę na nartach przez całe życie. Miałem szczęście szusować w fantastycznych miejscach. Bardzo lubię zjazdy ze szczytów wysokich gór, skoki i inne triki, jakie można wtedy wykonywać. Jeśli chodzi o skoki, to widziałem, jak mój ojciec upadł kiedyś na zeskoku, i postanowiłem dać sobie z tym spokój i zostawić to zawodowcom.


Czy lubisz ryzyko?
Uwielbiam sporty na wolnym powietrzu – narty, narty wodne. Nurkuję, jeżdżę na motorze i rowerze na wolnych przestrzeniach. To jest mój żywioł.


Jak byś zdefiniował przesłanie, jakie niosą twoje piosenki?
Nie mam nic konkretnego do przekazania. Piszę osobiste piosenki dotyczące osobistych doświadczeń. Nagrałem nowy album, który bardzo mi się podoba. Jeśli spodoba się też wam, to będę zachwycony. Ważne jest to, o czym już wspominałem – szczęścia nie mierzy się pieniędzmi czy sławą, ale uśmiechem na ustach i bliskością przyjaciół.


A jakie jest twoje życiowe motto?
Życie jest krótkie, bardzo krótkie, i nie ma czasu na próbę generalną, tylko trzeba je przeżyć jak najlepiej.


Byłeś kilka razy w Polsce. Jak ją zapamiętałeś? 
 Grałem w Krakowie, Oświęcimiu oraz Warszawie. To były cudowne koncerty, a ciepło, jakiego doświadczałem, było niesamowite. Muszę wrócić jako turysta, by zobaczyć piękno Polski, i mam nadzieję, że wkrótce zagram tam kolejny koncert.


W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.

Urzeczeni niezwykłością tego kraju postanowiliśmy opisać to, co przez kilka dni udało nam się tu zobaczyć, czego posmakować i czym nacieszyć oczy
 

Sztuka jako odtrutka na rzeczywistość. Sztuka jako lustro, bo kto inny pokaże dosadniej? I wreszcie sztuka jako wyraz kontestacji.