zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Hana Muybarbara. Tam, teraz tu

Ostrzegali, nawet wiele razy grozili, niech was ręka Monarchy niebiańskiego broni przed doświadczaniem życia! Życie dla życia?! Dla skorumpowanego umysłu zdaje się to kompletnie nieużyteczne i bezbożne. Nie ufano nam. Nie wierzono nam. Wszystko zawsze musieliśmy przemilczać, zamykać, chować. Jeśli chcemy szczęścia, to tylko w ukryciu. Jeśli chcemy Miłości, będziemy niepiękni. Jak uprawiać miłość w bandażach po operacjach „korekt estetycznych”? Każdej wartości przypisaliście martwotę, dorysowaliście rogi nawet samemu Dobru. 

A jednak kocham Polskę jak własne serce, Ziemię której prawdziwe imię to Wolność. Ta boska percepcja, ten odziedziczony smak wolności zostanie w nas na wieczność. Ta mądrość płynie w naszych żyłach i z nią idące poczucie sprawiedliwości są naszym darem. Nikt nie stoi za mną ani przede mną. Ze mną zawsze Mój Przyjaciel i Rodzina. Nie da się podbić mojego serca bez pozwolenia Boga. Moje oczy są już znudzone widokiem krzykliwych postaw. 

Marzeniami wracam do Polski i zasiewam tam więcej blasku, więcej czułości i więcej przebaczenia. Tu, gdzie mieszkam, codziennie wstaje Słońce, tu o poranku serdecznie wita mnie mój ulubiony człowiek. Nie śpieszy nam się do końca i codziennie patrzymy życiu miłośnie w oczy, gotowi na to co przynosi. Wdzięczni za każdy przejaw piękna i wesołej mądrości, jak każdy jasny człowiek. 

Nigdy pisanie tego felietoniku nie przychodzi mi łatwo, za każdym razem piszę to samo, czasem tylko stojąc na głowie. Innym razem piszę w pozycji bliżej nieznanej lekkoatletyce, pisuję go tylko ze względu na moich bardzo kochanych rodziców, którzy zawsze szukają w nim potwierdzenia, że jeszcze nie zwariowałam. 

Ależ ja zwariowałam tato. Dla świata zwariowałam. Bo kochałam życie bardziej, niż niskie standardy ludzkości, gdzie pieniądze są stawiane nawet ponad własne zdrowie. Ludzie Starego Świata zawierzyli wszystkim wkoło, nawet nie próbując dostrzec sygnałów własnej duszy. Tak. Dziś jestem w pełni szczęśliwa i tak, nikt nie bierze mnie na serio. Ale wiem też, że mi wybaczysz, tato, to moje słodkie szaleństwo, bo zawsze widziałeś we mnie bratnią duszę, i nadal jak Twój stary brat zawsze jestem Twoim największym fanem. I, Mamo, najsilniejsza z nas wszystkich, wiem że wybuchniesz śmiechem i zobaczysz w tym tekście więcej niż ktokolwiek. Jeśli trzeba mi będzie pisać jeszcze raz, napiszę od nowa. 

Kocham was czytający. Niezależnie od tego co myślicie, widzę Was pięknymi. Ufajcie sobie.


W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.

Urzeczeni niezwykłością tego kraju postanowiliśmy opisać to, co przez kilka dni udało nam się tu zobaczyć, czego posmakować i czym nacieszyć oczy
 

Sztuka jako odtrutka na rzeczywistość. Sztuka jako lustro, bo kto inny pokaże dosadniej? I wreszcie sztuka jako wyraz kontestacji.