Kiedy komunikacja przestaje być możliwa. Kiedy ostatnia nadzieja na wytłumaczenie komuś swojego świata nie pozostawiła nawet po sobie mglistego wspomnienia. Wtedy dopiero czujemy się wolni, dopiero teraz dochodzi do nas, że nie pozostało nam nic innego, jak już przestać się przedstawiać i po prostu żyć według reguł własnego świata
W tym, tylko sobie znanym świecie, na wszystko jest miejsce i czas i nic nie hamuje przepływu naszej niewyczerpalnej kreatywności. Wiele z nas często doświadcza tych życiowych fal, gdy zdajemy się być zupełnie samowystarczalni, potrzebni tylko sobie i swoim procesom myślowym. Życie jednak nie na długo pozwala nam na taki lot, a w pewnym momencie świat zewnętrzny zaczyna nam przeszkadzać. Ktoś/coś domaga się naszej atencji i choć zrobiliśmy wszystko, by trzymać rzeczywistość na swój ulubiony, osobiście wymierzony dystans (niektórzy bardzo daleko, a inni jeszcze o wiele dalej), gonitwa się nie kończy, póki się nie poddamy. Znów chodzimy po ziemi i cuchnie nam pod nosem. Nie zamierzaliśmy już tu wracać, to miało być już za nami, a jednak coś wyłazi jak stary, dawno już nieśmieszny dowcip. Rzadko kiedy potrafimy zobaczyć to „poniżenie” jako ogromną szansę, by zmienić swoje nastawienie i standardową reakcję na powracające fujostwo. Reakcje „wbrew scenariuszowi” (jak nazywa je Vadim Zeland) zdarzają się ludziom bardzo rzadko, gdyż wymagają opanowania i wewnętrznego uśmiechu, wymagają od nas tego dystansu, który właśnie straciliśmy przez dane okoliczności. Życiowe paradoksy to jedna z najbardziej fascynujących gier w jakie się tu bawimy. Pod żadnym pozorem nie należy używać formułki „jak już będę… to wtedy… i wszystko dopiero się… bo wcześniej to nie”. Mam serdecznego przyjaciela, który zawsze śmiał mi się w twarz gdy jej używałam. To bardzo pomogło. W ogóle dobrze jest znać kogoś, kto wie dokładnie kiedy w rozmowie zacząć się z nas nabijać. Wiedziałam że takie wymówki nie służą mi na dłuższą metę, ale jakże nie ulżyć sobie zwalając cały ciężar na życiowe okoliczności. Ktoś gdzieś kiedyś komuś powiedział (i ja się z nim zgadzam) że nie ma „niesprzyjających okoliczności”, są tylko osowiałe umysły. Czyli trochę takie stare Jezusowe oczy, które patrzą a nie widzą, ujęte bardziej młodzieżowo. Znajdując się w środku jakiejkolwiek sytuacji można się dać ponieść najwyższej myśli, najwyższej możliwej reakcji i najwyższej wibracyjnie emocji. Gdy znów pojawia się stary problem, wystarczy odłożyć odegranie (pozwala się tu na aktorstwo na wszelakich poziomach i w stylach) swojej reakcji na piętnaście minut po fakcie jego nastąpienia i kontynuować niezmiennie wcześniej wykonywaną czynność najrzetelniej jak się da. Jeśli sprawa nie wymaga natychmiastowej reanimacji, to ta technika potrafi zdziałać cuda. Życie na okrągło stawia nam wyzwania, więc nie możemy narzekać na brak pola do rozgrywek, a to potrafi być bardzo odkrywcze.
Słońca na Życie, Kochani!