zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Hana Muybarbara. Jak rodzi się harmonia?

eśli uda się wam tu dotrzeć, zaprzyjaźnijcie się z el dueño, gospodarzem o imieniu Carlos. Być może uda wam się go namówić aby opowiedział swoje rodzinne historie, te śmieszne i te najbardziej mrożące krew w żyłach. Na początek zapytajcie o wujka Ricardo, tego, który wyjechał za pracą do miasteczka na południu Panamy. Miejsce to znane było z tego, że miejscowa ludność zawsze nadawała bardzo trafne przezwiska wszystkim młodzieńcom i nowym przybyszom. Wujek Ricardo z kolei, i to wiedzieli wszyscy, znany był z przesadnie nerwowych reakcji, gdy komuś zdarzyło się przekręcić bądź skrócić jego dźwięczne imię. Znany był również ze swojej manii wielkości i nadgorliwości. Zatem nasz wujaszek, uprzedzony o zwyczajach miasteczka, które było celem jego podróży, przerażony potencjalnymi codziennymi aktami poniżenia zarzekł się, że w jego wypadku owa tradycja będzie musiała o nim zapomnieć. Pierwszego dnia, ledwo co wysiadłszy z powozu, zgodnie z obmyślonym w drodze planem zwołał wszystkich mieszkańców na plac i przemówił: „Nazywam się Ricardo Maria Gordon. Jeśli któryś z was, kiedykolwiek i jakkolwiek przekręci moje imię, przysięgam, tu stojąc, że potnę go na kawałki con el machete”, czyli maczetą. I jak pewnie się domyślacie, ku radości ludności wujek Ricardo już na zawsze pozostał Machete. Gdziekolwiek poszedł, usłyszeć można było dziecięce krzyki i śmiech. Zabiegając mu drogę wołały ‘El machete! El machete!’ po czym czym prędzej uciekały. Wujaszek Ricardo do końca swoich dni nie zaśmiał się z tej historii. To tylko jedna z opowieści Carlosa. Jestem pewna, że jak znajdziecie trochę czasu, to wygrzebie ze swojej pamięci jakąś, którą sami będziecie opowiadać jak swoją. Współczuję wujaszkowi Ricardo... Często samej zbytnio mi na czymś zależy i choć wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią: „Odpuść, nie ma tu winnych” albo „Zrelaksuj się, wolisz mieć rację czy zachować spokój?” albo „Poczekaj, zmądrzeje to wróci” albo „Spokojnie, to jedna perspektywa z nieskończonej ich możliwości” albo „To co mnie obraża tylko mnie osłabia” albo… nie udaje mi się nawet nic sensownego pomyśleć i od razu przechodzę do obrony. Złapanie siebie samego na początku negatywnej spirali, na początku myśli prowadzących już tylko do następnych, jeszcze gorszych, to połowa sukcesu. Każda myśl jakiej doznajemy na nas wpływa. Jeśli zdołamy przerzucić własne myśli na wyższy tor, zauważając, że znaleźliśmy się w środku zmyślonego i misternie utkanego przeciwko sobie samym tornada, to sam akt przeskoczenia z jednej wibracji na wyższą nas wzmacnia. Nie tylko wzmacniamy tym siebie, ale równocześnie całe nasze otoczenie zyskuje dzięki naszej podwyższonej energii. Nie pozwólmy sobie wmówić, że coś jest „nie tak”. Wszystko jest drogą do siebie samego, więc każda ciemność i jasność zasługuje na naszą obecność i szacunek. Nie terroryzujmy świata zewnętrznego, tak jak zrobił to wujaszek Ricardo, tylko dlatego, że mamy o sobie jakieś wyobrażenie, którego nie potrafimy się, nawet na chwilę, wyzbyć. Zakończę cytatem Eckharta Tolle: „Wielkość rodzi się w małych rzeczach, które są darzone szacunkiem i dbałością. Życie każdego, tak naprawdę, składa się z małych rzeczy. Wielkość to abstrakcyjny koncept, ulubiona fantazja ego. Paradoksem jest to, że podstawą wielkości jest dbałość o małe rzeczy chwili obecnej, nie gonitwa za naszą wyobrażoną wielkością”.
Ciepłe i serdeczne pozdrowienia z Panamy!


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.