zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Hana Muybarbara. Co powiedzą o naszym ogniu?

Tak przynajmniej się to odbywa wśród członków kolumbijskiego plemienia Huitoto. Starszyzna snuje swoje opowieści siedząc przy tym w tradycyjnym kręgu, żując liście koki i zlizując z rąk wcześniej zmieszany tytoń z solą. W centrum zawsze będzie tam ogień. Ogień, z którym my, ludzie zachodu, mamy do czynienia przeważnie już tylko w obrazach wojennych, którymi bombardowani jesteśmy na co dzień w wiadomościach. Rdzenni mieszkańcy Ameryk powiadają, że mamy zły ogień – sami go zatruliśmy i wiele z nich czeka na czasy, w których będziemy gotowi przyjąć mądrość dobrego ognia. Indianie mówią, że zawsze możemy się do nich poń udać, gdyż to oni stoją na jego straży, choć pierwotnie było to zadanie przeznaczone dla ludów białego człowieka. Jedną z opowieści, którą usłyszałam w trakcie mojej podróży, była historia młodego chłopca, który pewnego dnia uświadomił sobie, że jako jedyny w wiosce nie ma ojca. W poczuciu wielkiej niesprawiedliwości uciekł z tego miejsca w poszukiwaniu taty. Szukał w lasach, w niebiosach i morzach, lecz za każdym razem duchy rządzące tymi światami odrzucały go. Wracał wtedy do swojego schronienia i jadł liście tytoniu zmieszane z solą. Wiele razy duch ognia przywoływany tym aktem próbował do niego przemówić, jednak dopiero gdy młodzieniec przeszukał już każdy zakątek ziemi, dosłyszał jego głos. Głos ognia mówił: „To ja jestem twoim ojcem, wróć do wioski, a przemówię twoimi ustami”. Tymczasem w wiosce oczekiwano Starca, który miał się podzielić z jej mieszkańcami swą Mądrością. Chłopiec usiadł przy wejściu do domu, w którym odbywały się narady i wyglądał gościa. Gdy ten nie przychodził, przywódca zauważył ogień w oczach młodzieńca i przywołał go do siebie na miejsce przygotowane dla Starca. Chłopiec chciał zaprzeczyć, jakoby miał im cokolwiek do przekazania, ale zanim dokończył swoją wypowiedź, głos ognia przemówił jego ustami: „Jestem synem ognia, jakie jest wasze pytanie?”. Przywódca odpowiedział, że ich główną troską jest rozwiązanie problemu wojny. „To wszystko? Niczego innego nie chcecie?” – zapytał ogień. „Nie, potrzebujemy tylko odpowiedzi na to pytanie”. „Dobrze, kwestia wojny się rozwiąże, jeśli zmienicie swoje myślenie. Tym, co powoduje wojnę, jest sposób waszego funkcjonowania, myśli i idące za tym czyny. Jeśli medytujecie, a biały człowiek nadal wojuje, to znaczy, że źle medytujecie”. 
Ogień i ci, którzy potrafią go słuchać, są tutaj bardzo cenionymi osobistościami. Komunikacja z nimi odbywa się za pomocą tytoniu, zatem to, co przyszło do nas jako używka (do której przy okazji dodaliśmy różnego rodzaju trujące świństwa) służyła za narzędzie pozwalające na dialog z wielką mądrością. Na ten czas potrzeba nam uważnych uszu i woli złotych myśli, by odróżnić to, co nam służy od tego, co tylko pomaga. 
Pozdrowienia z Kolumbii, 
Słońca na życie, Kochani!


W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.

Urzeczeni niezwykłością tego kraju postanowiliśmy opisać to, co przez kilka dni udało nam się tu zobaczyć, czego posmakować i czym nacieszyć oczy
 

Sztuka jako odtrutka na rzeczywistość. Sztuka jako lustro, bo kto inny pokaże dosadniej? I wreszcie sztuka jako wyraz kontestacji.