zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Grażyna Plebanek. Jestem, bo jesteśmy

Ta kolejność nigdy nie przestaje mnie dziwić. Wychowana w duchu Matki Polki dałabym sobie rękę uciąć, że najpierw pomagamy dziecku, a potem zajmujemy się sobą. A tu nie. Dlatego zdanie „Najpierw ty, potem reszta świata” widoczne na okładce książki wystawionej w księgarni na lotnisku, potraktowałam jako wstęp do dwugodzinnej podróży. Ku mojej konsternacji, okazało się, że odnosi się ono do całego życia…

 

Nie ma co się rozwodzić nad książką youtubera, który wspomaga się zawołaniem „Zostań życiowym fighterem!”. Zafrapowało mnie coś innego – bezwzględne przesunięcia środka ciężkości uwagi na siebie samego. Jakby innych nie było. A przecież są, w życiu i w samolocie.

 

Narcyzm rozprzestrzenił się po świecie jak grypa. Trwa moda na selfie, na mówienie i pisanie o sobie. Dzięki mediom społecznościowym, narcyzm z nas się wydobywa nawet jeśli był stłumiony, a z domu wynieśliśmy przekaz, że skromność jest cnotą. Już nie jest. Patologiczny narcyz został prezydentem Stanów Zjednoczonych i rządzi nimi za pomocą Twittera. Sukces utożsamia z posiadaniem – pieniędzy, żony-trofeum, stanowiska. Jest ucieleśnieniem homo economicus, modelu życia, który narodził się w latach 80. Jego celem jest mieć. Co? Wszystko.

 

Raphaël Glucksmann, autor eseju społeczno-politycznego pt. Dzieci pustki (Les enfants du vide) twierdzi, że jesteśmy ofiarami modelu homo economicus. Koncentrując się na karierze, której celem jest gromadzenie dóbr, doprowadziliśmy świat na skraj katastrofy. Zasypaliśmy ziemię rzeczami, zniszczyliśmy środowisko masową produkcją. Ocieplenie klimatyczne i idące z nim zmiany to efekt naszych działań.

Czy mając te wszystkie przedmioty jesteśmy szczęśliwsi, niż w czasach, kiedy ich nie mieliśmy? Do myślenia dają mi wspomnienia ludzi, których młodość przypadła na czasy socjalizmu. Mieli niewiele rzeczy, ale bywali szczęśliwi. Dziś mamy więcej przedmiotów, ale żyjemy coraz bardziej osobno. Alienacji towarzyszy smutek, który staramy się wszelkimi sposobami przezwyciężyć.

 

Glucksman twierdzi, że wyścig, który towarzyszy nam od lat 80. (w Polsce od 1989 roku), powoduje, że podlegają mu nawet dobra niematerialne. Najbardziej pożądanym towarem jest szczęście, to ono jest naszym celem i najwyższym dobrem. Szukanie szczęścia to zadanie, a stosowanie konkretnych technik ma nam je zapewnić. Coach zastąpił filozofa. Nie chcemy już, by ktoś zadawał nam pytania, wolimy dostawać odpowiedzi i gotowe recepty. Witajcie w krainie „szczęściokracji”!

 

Dlatego tak się ucieszyłam, kiedy przeczytałam książkę Michelle Obamy Becoming. Była Pierwsza Dama, prawniczka z dyplomem Harvardu, daje przykład, jak żyć po swojemu, z namysłem. Młoda ambitna dziewczyna skończyła prestiżowe studia i mogła wspinać się po szczeblach zawodowej drabiny, zarabiając kokosy. Zamiast tego w pewnym momencie przystanęła i wsłuchała się w to, co jej w duszy gra. Okazało się, że prawniczką została głównie dlatego, że rodzina uważała, że tak będzie najlepiej. Ją samą natomiast ciekawiła praca w urzędzie miasta, gdzie mogła realnie pomagać ludziom, za jedną dziesiątą poprzedniej pensji.

To właśnie bycie z ludźmi jako wartość życia tak w tej książce ujmuje. Becoming – stawanie się – bierze się z dzielenia życia z innymi. Z matką, ojcem, bratem. Z mężem i córkami. Z ciemnoskórymi uczennicami szkoły w Londynie, dla których obecność Pierwszej Damy jest dowodem na to, że nie biała kobieta może mieć dyplom i pracę, która pozwoli jej się utrzymać i dać satysfakcję.

 

Ludzi wokół Obamy jest wiele. Do tego grona zaliczał się też Nelson Mandela, którego poznała podczas jednej z zagranicznych podróży. Mandela był gorliwym wyznawcą filozofii ubuntu, która głosi w skrócie: „Ja, czyli my”. Nie ma mnie bez ciebie, bez was. Jestem, bo jesteśmy razem. Rozmawiamy, śmiejemy się, kłócimy, działamy, walczymy. Najważniejsze jest bycie razem, wymiana. W jej toku stajemy się. Stawanie się Michelle Obamy i Nelsona Mandeli to efekt ubuntu – bycia z innymi, dla nich.

 

Być versus mieć. Wiem, że to niemodne. Że to inteligencki dylemat. A jednak pięknie się czyta opowieść o życiu kobiety, która wierzy w edukację, w bycie z innymi, w bezinteresowność, wymianę myśli, w miłość. Która na tych wartościach zbudowała dobre życie. I chociaż w jej książce nie ma ani słowa o tym, że to ona jest najważniejsza, czuje się, że jeśli gdzieś jest szczęście, to w jej domu. W niej, i wokół niej, z jej bliskimi.


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.