Dzieci i rachunki rosną, kredyt nie maleje, dochody owszem, i tak to się kręci. Ale gdyby zajrzeć pod kołdrę „starego związku”… czego tam nie ma! Miłość, nienawiść, czułość, pretensje, zachwyt, obrzydzenie, warstwa na warstwie. Tort, bynajmniej nie słodki.
„Miłość przegrywa z milionem drobiazgów, nie z jedną nawałnicą”. Nie przypadkiem ludzie rozwodzą się, kiedy mają już lekko odchowane dzieci, gdy oboje pracują, niezależnie od tego, czy są na etatach płatnych, czy jedno w korporacji, a drugie na nieodpłatnym w instytucji zwanej domem. Być razem dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat to rzecz ostatnio rzadko spotykana. Długie związki we współczesnej świadomości coraz częściej dotyczą dziadków, może rodziców, czterdziestolatkowie impulsywnie się rozwodzą, a największą bolączką rozstania jest zaciągnięty wspólnie kredyt. To on ostatnio bardziej ludzi razem trzyma niż przysięga, „że cię nie opuszczę”.
Związki wieloletnie zawsze mnie trochę drażniły. Bo jak oni to robią, że tak im wychodzi, jakim cudem są tacy idealni? Nie wypada pytać wprost, bo to niedelikatne, niby co mają odpowiedzieć: „Nie kocham już dziada”? Zakłada się, że skoro są razem, to dlatego, że ominęły ich burze, że trafiła połówka na połówkę, że na to zasługują. To spiżowe postacie, żadne żadnego nie zdradziło, nie zawiodło, nie znudziło się drugim. Bo jakby zdradziło/zawiodło/znudziło się, toby razem nie byli, po czymś takim być się razem nie da, a ty puchu marny, ze swoimi skokami w bok, napadami niesłowności, w oparach spleenu na to nie zasługujesz.
Otóż można być razem mimo wszystko. Zaprzepaścić, a potem od nowa ustawić konstrukcję zwaną związkiem. Pierwszy naleśnik nie zawsze jest udany, dopiero drugi wychodzi, chociaż kucharzom w telewizji wszystko się udaje, te pierwsze naleśniki też. A mnie się przypala. Gdybym wiedziała, że tak bywa. Gdyby ktoś mi powiedział zawczasu, że za „żyli długo i szczęśliwie” kryją się lata nauki, prób, błędów, porażek. Że nie ma „zawsze” ani „nigdy”, można się rozstać, a potem do siebie wrócić. Związek jest walką o zachowanie równowagi, wytyczenie granic – nie między kobietą a mężczyzną, ale między własną potrzebą wolności, a tym, co można z niej oddać w zamian za dzielenie życia z kochaną osobą. Między nami jest ciągły ruch, wciąż się wszystko zmienia, waży, a w każdej chwili można i zyskać, i stracić.
„Chciałam przeżyć życie na własny sposób”, pisze mężatka z trzydziestopięcioletnim stażem, Małgorzata Tusk, w książce „Między nami”. Weszła w związek młodo, jako dwudziestoletnia dziewczyna, co dla dzisiejszych dwudziesto-, a nawet trzydziestolatków jest pewnie nie do pojęcia. Bo gdzie „me-time”? Ale w PRL-u małżeństwo bywało kluczem do wolności, ucieczki spod kurateli rodziców. Towarzyszyło temu złudzenie, że „na swoim” będzie tak samo, tylko przyjemniej, bo bez obowiązków. Można będzie się kochać, a nie obściskiwać pod klatką, czytać całymi dniami, wieczorami chodzić na imprezy, trochę się uczyć (w końcu to studia), czasem coś knuć (przeciw komunie). Pamiętam te klimaty, i te inne, pojawiające się niezależnie od epoki, gdy rzeczywistość wypycha złudzenia: przeraźliwe zmęczenie pierwszych miesięcy macierzyństwa, poczucie zagubienia, utrata siebie na rzecz „nas”. Zachwianie tego, co stanowiło o tym, kim się jest, brak czasu na umycie się, nie mówiąc już o przeczytaniu książki. Że luksus? Nie, integralna potrzeba. Czytanie, myślenie to część tego, kim jest wykształcona kobieta, która właśnie została matką.
Dla autorki „Między nami”, historyczki, wzorem jest Maria Reiche, matematyczka znająca biegle kilka języków, która odkryła, że tajemnicze rowki w Peru to gigantyczne rysunki przedstawiające zwierzęta. Reiche zamieszkała na skraju płaskowyżu i wymiatała piach z rowków, symbolem jej pracy stała się, przewrotnie, miotła. W „Między nami” przeplatają się marzenia o odkryciach, podróżach, byciu dobrą w swoim zawodzie z ogarnianiem upierdliwych obowiązków opisanych z punktu widzenia dziewczyny, która skończyła studia, uwielbia czytać, ma własny świat. Która pewnego razu się zakochuje i postanawia odejść od męża. Świetna jest ta historia, naturalna, ludzka, bo młoda matka to dwudziestoparoletnia ładna kobieta. Dlaczego wszyscy, łącznie z ojcami naszych dzieci, zapominają, że otoczone świętym nimbem macierzyństwa, chcemy się podobać? I podobamy się. Zawsze pojawi się ktoś, kto nam to uświadomi. Można z nim zacząć nowy wątek życia, wytyczyć kolejny początek. Albo zrobić inwentaryzację tego, co już się ma, i odbudować. Pod warunkiem że mężczyzna o swoją kobietę walczy (tu: przy pomocy sanek).
„Między nami” to odważna książka napisana językiem gawędy, przekazu ustnego. Pojawia się w niej inna swojskość niż ta umęczonych „wielodzietnych” Polek, do których trafiła książka Danuty Wałęsowej. Tamta rozbraja dzielnością, w tej jest i Proust, i kotlety sojowe. Wymarzona wyprawa do Paryża to chodzenie po ulicach z powieści Balzaka, znanego z przekładu Boya. Paryż odurza autorkę „Między nami” „zachodnią” innością i omamia swojskością, bo jako dziewczyna rysowała ołówkiem mapę miasta, o którym marzyła.
Ta opowieść nie jest podporządkowana schematowi miłosnemu, bo mamy obok siebie jedność i osobność bycia razem, w takiej miotaninie, jaką część par zna z autopsji, czyli dwoje inteligentnych ludzi z ambicjami, którzy próbują dopieścić i utrzymać rodzinę, dać radę wyzwaniom zawodowym, a jeszcze zrealizować się intelektualnie, emocjonalnie, seksualnie. Ciepło, z jakim Małgorzata Tusk pisze o mężu, pojawia się w małych zwrotach, jak ten, że aby wyjść z łóżka (ona przy ścianie), musi „przejść przez Donka”. Jednocześnie portretuje kruchość ludzkich uczuć, gotowość do zmian, potrzebę posiadania własnych spraw, przestrzeni („jak my ze sobą wytrzymamy, tak nagle ciągle razem?”). Prawda wieloletniego związku, a nie lukrowany bajgiel.