Światowy poziom oznaczał w tym przypadku, że rzecz nie będzie dręczyć drewnianymi dialogami, niespójnością fabuły, dźwięk będzie słyszalny, a aktorzy zaskoczą czymś świeżym. Dobry pomysł, tylko czy oczekiwania nie za niskie? Osiągnięcie przyzwoitego poziomu technicznego to oczywistość. Pytanie, co wnosimy do tzw. świata. I po co.
Serialom przyglądam się z punktu widzenia opowiadania historii i – w przypadku polskich – tego, co mówią o nas. Gdybym zachęcała do ich obejrzenia kogoś, kto Polaków nie zna, reklamowanie filmu zdaniem „…jak na polską produkcję, nie ma wstydu” nie wchodziłoby w grę. Fabuła, dialogi, montaż, dźwięk itp. – to po prostu musi być.
Najważniejsza jest opowieść. Kiedy streszczam komuś spoza Polski fabułę filmu Kler, ludziom otwierają się oczy. „To u was dozwolone?”. „Naprawdę tak jest z tym klerem, jak w filmie?”. Urok amerykańskich seriali portretujących konkretne środowiska, takich jak Teoria wielkiego podrywu czy Gotowe na wszystko polega nie na pokazaniu stereotypów, ale na ich zabawnych przerysowaniach. Wiadomo, że nie wszystkie żony przy mężach chodzą regularnie na strzelnicę, jak Bree Van de Kamp i jej partnerka z firmy kateringowej, ale rozmowa o tortach podczas walenia w sam środek tarcz jest cudowna.
Gorzej, gdy serial pretenduje do miana portretu środowiska, a odzwierciedla wyobrażenia o nim twórców scenariusza. I tak, małe miasteczko gdzieś na Podlasiu zaludnia się „przekrojem społecznym”, który mówi niepokojąco homogenicznym językiem. Mamy klasyczny zestaw postaci: nauczycielka/bibliotekarka (element inteligencki), przekupny biznesman, jego znudzona żona, ich rozpaskudzone dzieci, przekupny polityk, okoliczny zbir, ruska mafia, no i ten obcy, który burzy porządek zastanego świata – a wszyscy oni porozumiewają się głównie „kurwami” czy „jebać ich”, paląc zatrważające ilości papierosów. Rosjanin jest obowiązkowo bucem w dresie bez jednej szarej komórki. Gdyby nas tak pokazali, poszłyby noty dyplomatyczne.
Nie tylko wszechobecność tytoniu cofa obraz w lata 50. Robi to w stopniu groteskowym (efekt niezamierzony) rysunek postaci kobiecych. W polskim serialu, o którym słyszałam, że „jest wreszcie na światowym poziomie” kobiety występują w roli ofiar. Jedna nie żyje (zamordowana), druga jest bita, trzecia to licealistka, która na złość ojcu sypia z wirażką ze skąpym zasobem słów. W tym świecie związki erotyczne dozwolone są między facetami koło czterdziestki a dziewczynami przed osiemnastym rokiem życia. Przy czym starsi panowie wypowiadają kwestie typu: „Ale ja cię kocham, nie odchodź!”. Rozumiem tę fascynację, tylko czemu katuje się nią widza dziś? Miało to sens u Sienkiewicza, bo w opisywanych przez niego czasach tylko mężczyźni mieli pieniądze i dziedziczyli majątki. Kobiety miały rodzić, więc młode były w cenie, wedle sprawdzonej zasady targu bydła.
Aktywna postawa dorosłej kobiety w serialu, który powstał niedawno w Polsce, ogranicza się do przespania się z przyjezdnym. Przyznaję, że zaskoczyła mnie sugestia, że niezależność kobiety najlepiej zaznacza się w zdradzaniu męża. W Polsce zachęcano nas do niezależności finansowej i doskonalenia się zawodowego od końca drugiej wojny światowej. W dużych miastach rzadko słyszało się o niepracujących kobietach. Adnotację „przy mężu” miewały w dowodach małżonki partyjnych bonzów, ale się tym nie chwaliły, bo niepracowanie było synonimem obciachu. W mniejszych miastach i na wsiach kobiety pracowały zawsze utrzymując, czy współutrzymując rodzinę. Więc skąd ten obcy etos „housewife”?
Dalej jest jeszcze ciekawiej. Kwestia wieku kobiety cofa nas do wczesnego Pasikowskiego. W kłębach dymu pada zdanie, że każdej kobiecie kończy się kiedyś gwarancja. Na co? Chodziło pewnie o datę ważności, ale coś nie wyszło w dialogu i aktorka musiała się męczyć.
Obejrzałam resztę odcinków w nadziei, że pojawi się kobieca postać z realiów, które znamy: aktywistka, kobieta po pięćdziesiątce nie tylko w roli babci, sprzedawczyni z lumpeksu, która utrzymuje dorastające dzieci i nie są one narkomanami. Coś, to powiedziałoby o nas jakąś prawdę.
W zeszłym roku byłam na prezentacji fabuł seriali na festiwalu w Lille. Jedno streszczenie szczególnie przykuło moją uwagę. Ekipa z byłej Jugosławii reklamowała opowieść, gdzie twardziele wybijali się nawzajem, walcząc o bogactwo w powojennym chaosie. Po ich prezentacji zapadła martwa cisza. Jedyne pytanie, jakie padło, zadał prowadzący: „A gdzie są kobiety?”.
Nie chodzi o polityczną poprawność, ani o to, żeby robić łapankę i szukać muzułmanek na stanowiska burmistrzyń. Chodzi o to, żeby nie nudzić. Drętwe dziumy z liceum, które zdradzają dobrych wojów, bo są „złymi kobietami”, to już było. „Światowe kobiety”, potrafią się z siebie śmiać. Bree Van de Kamp mówi: „…grillowanie to takie męskie zajęcie”. Co nie przeszkadza jej ukatrupić kochanka. I na tym polega „poziom światowy” – na choćby szczypcie poczucia humoru.