zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Grażyna Plebanek. Druga strona mocy

Zerkam w życiorys Makine. Ma pięćdziesiąt osiem lat. Dobija sześćdziesiątki, niebawem znajdzie się po jej drugiej stronie. Sześćdziesiątka to nie czterdziestka, w sześćdziesiątce nie ma dobrych stron, jest tylko ta zła, jeśli wierzyć naszej kulturze, w której dowala się starszym. Za chwilę ktoś wytknie Makine jego wiek, wysiuda z synekury „znanego pisarza”, wygna na margines, żeby się tam cicho kończył, jako pisarz i mężczyzna. „Starzenie się mężczyzny bardzo powoli zmniejsza jego potencjał erotyczny, podczas, gdy u kobiety upadek następuje z porażającą gwałtownością, w ciągu kilku lat, a nawet kilku miesięcy” – pisze inny guru literatury, Michel Houellebecq. Ma pięćdziesiąt dziewięć lat i wygląda strasznie. Pozwalam sobie na tę uwagę, bo nadchodzą czasy, kiedy i mężczyzn zaczyna się oceniać przede wszystkim po wyglądzie. Kultura obrazkowa, instagramowo-pinterestowa skarze brzydali od czterdziestki w górę na ostracyzm społeczny. 
Przypisując ejdżyzm i seksizm do generacji – pokolenia obecnych sześćdziesięciolatków, upraszczam. Bo wychowali przecież następców. Śladami obu wymienionych pisarzy maszeruje we francuszczyźnie m.in. Frédéric Beigbeder, lat pięćdziesiąt. I u nas, w Polsce, głosy piętnujące wiek kobiet, wyśmiewające ich potrzeby seksualne wyrastają z częstotliwością papierzaków wokół nielegalnego obozowiska. Najnowszy film z Jamesem Bondem przyniósł takie komentarze, jak ten, że Monica Bellucci jest za stara, żeby grać kobietę, której pożąda 007. Bellucci tłumaczyła w wywiadach, że nie gra „dziewczyny Bonda”, tylko, jeśli już, „kobietę Bonda”. Że gra kobietę po prostu. Odtwórca Bonda, Daniel Craig, ma czterdzieści siedem lat, Monica Bellucci pięćdziesiąt jeden. To samo pokolenie. Oczywiście, sypianie Bonda z kobietami o połowę młodszymi tłumaczy specyfika filmu, to, że opowieść o superagencie Jej Królewskiej Mości jest reliktem epoki, w której mężczyźni musieli mieć czas na zdobycie pozycji społecznej i finansowej, by móc sobie pozwolić na ożenek. Brali dziewczyny o połowę młodsze, bo miały one gwarantować przedłużenie linii. Przy czym mężczyzn upewniało się i upewnia w tym modelu od wieków. Jak jeden mąż wierzą, że osiemdziesięciolatek może zapłodnić dwudziestoparolatkę i doczekać się z nią zdrowego (a nawet wyjątkowo inteligentnego) dziecka. To są bajki, które dla obu stron są wizerunkowo korzystne. Mężczyzn upewniają w jurności, a kobietom, którym nie chce się radzić sobie w życiu z godnością, zapewniają dostęp do starszych naiwniaków. Takie bajki owija się w fabułę filmu o superagencie i sprzedaje za duże pieniądze.
Ale bajki, jak to bajki, wnikają w nasze myślenie. Do takich, jak ta o Bondzie, ma się dystans i trzyma się je na osobnych półkach z intelektualną tandetą. Ale bywa, że opowieść zaślepia. Lub wręcz wynosi się z domu świętą naiwność prostaczka. Przeczytałam niedawno męski komentarz na temat Madonny, że powinna przestać śpiewać i tańczyć – ze względu na wiek. Doradzał jej rówieśnik. Nie doradzał niczego podobnego Charlesowi Aznavourowi. Wręcz przeciwnie, wygląda na to, że z wiekiem pieśniarz zaczął uchodzić za klasyka. Nie warto byłoby się tym wszystkim zajmować, gdyby nie to, że dyskryminacja kobiet po „złej stronie” jakiegoś tam wieku, wiąże się nie tylko z podważaniem ich osiągnięć zawodowych, ale prowadzi do eskalacji seksizmu i ejdżyzmu. 
Dalszy ciąg cytowanego wyżej zdania Andreï Makine o białej kobiecie brzmi następująco: „Wykorzystała podróż do Afryki, żeby podładować się niezbyt wymagającą przygodą seksualną z młodym Afrykańczykiem, lepiej wyposażonym seksualnie od jej małżonka, melancholijnego mężczyzny o uczciwym spojrzeniu”. Jedno przydługie zdanie, a wszystkich bohaterów wciśnięto w nieznośne stereotypy. Jeden: jak biała kobieta po czterdziestce, to marzy o seksie z Afrykańczykiem. Drugi: jak młody Afrykańczyk, to wykorzysta białą kobietę jako żigolak. Trzeci: jak mąż, to rogacz. Czwarty: jak biały, to z małym członkiem. Piąty: jak czarny, to z monstrualnym. I tym podobne. 
Książkę Makine odłożyłam. Podobnie Uległość Houllebecqa. Może coś tam jest wartego poznania, ale jakoś mnie do tego nie ciągnie. Powieść Beigbedera Miłość trwa trzy lata przeczytałam, czując, że każda kolejna historia tego autora będzie taka sama. O sobie, o starzeniu się, męskim przemijaniu inkrustowanym opisami picia, defekowania, zrywania się na dziwki. O resztkach potencji, przekraczaniu granicy uwiądu. O ostrzykiwaniu się młodością w postaci młodszych o połowę dziewczyn. O… O nie, to naprawdę okropna nuda!
Bo po drugiej stronie dojrzałego wieku powinna być mądrość. Nie płynąca z doktoratów, tylko z życiowego doświadczenia. Z uważnego przeżywania, gromadzenia obserwacji, uczuć, akceptacji siebie, innych, życia i jego przemijania. Kto to ma, może być i fizycznie paskudny jak Houllebecq, sędziwy jak Aznovour, niepewny siebie jak Beigbeder, a nawet pretensjonalny jak Makine. Byleby myślał, a nie powielał przekazy z wybrakowanych bajek naszej kultury. Belgijski pisarz marokańskiego pochodzenia Ismaël Saidi w swojej książce Przygody muzułmanina stąd napisał: „Moja mama urodziła się w kulturze, gdzie chciało się być starym człowiekiem. Aspirowało się do starości, do mądrości, do bycia „pamięcią” rodziny”. A w naszej kulturze, do czego się aspiruje?


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.