zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Grace Jones

Wczesny etap życia Grace naznaczyła Jamajka, z jej krzykliwością, barwami, energicznymi ludźmi i wolnością. To tutaj wychowywała się wraz z bratem bliźniakiem matką i ojcem, który był jednocześnie duchownym i politykiem. W 1962 roku rodzina przeprowadziła się do USA, a to dało Grace możliwość zaistnienia w artystycznym świecie Nowego Jorku. Urzekała egzotyką, niebezpiecznym pięknem. Sam Andy Warhol zachwycał się jej urodą. Jednak najważniejszym mężczyzną w życiu artystki był mentor i odkrywca Jean-Paul Goude, który dostrzegając jej talent stworzył Grace Jones: boginię dyskotek i nocnego życia. Stąd już tylko krok dzielił Grace od kontraktów muzycznych, nagrywania płyt i sławy, na którą jednak chyba nigdy nie miała ochoty. Co innego bycie w centrum uwagi. Stąd obór kariery modelki i wyjazd do Paryża, pomimo ukończenia szkoły teatralnej w Nowym Jorku i możliwości z tym związanych. Ale i kino z czasem się o nią upomniało – największą sławę przyniosła jej rola w kolejnym odcinku przygód Bonda A View to a Kill, ze słynną piosenką Duran Duran, w której wideoklipie wcieliła się w jedną z ról. Jako Zoe w Conanie Niszczycielu przerażała. Potem dostawała już role wyłącznie w filmach klasy B, za to jej kariera muzyczna nigdy do końca nie podupadła. Najsłynniejszym hitem stał się tytułowy Slave to the Rhythm z 1985 roku. Grace nigdy nie ukrywała swojej wielkiej miłości do kultury wysokiej i to właśnie dlatego zwykły pop uczyniła art popem, który to termin miał się przyjąć dopiero po latach. Zgrabne łączenie wątków, głęboki, jakby nieobecny głos, i hołd składany muzyce i muzykom (niezwykła wersja La Vie en Rose z repertuaru Edith Piaf) – tym wszystkim wzniosła muzykę popularną na inny poziom. Kolejne jej płyty nie przyciągnęły słuchaczy – to był czas Madonny, Michaela Jacksona, Queen i new romantic. Po latach milczenia wróciła w 2008 roku kapitalną płytą Hurricane, w której połączyła brzmienia trip hopu z ambitnym popem. Jej gwiazda ponownie rozbłysła, a Grace Jones, rocznik 1948, znów była na fali. Ośmielona swym sukcesem Lady Gaga zaproponowała jej współpracę. To było coś więcej niż policzek – Grace odrzekła, że nie współpracuje z artystami którzy ją kopiują. 

Grace przez całe życie sprawia wrażenie, jakby nie zależało jej na karierze. Podczas gdy jej barwny, oryginalny styl stał się inspiracją dla wielu artystek, w tym Annie Lennox, Rihanny i wspomnianej już Gagi, i aż prosiło się, aby w pewnym momencie zacząć dyktować warunki i wytwórni i reżyserom, w których filmach grała, ona sama chyba nie do końca umie się odnaleźć w show-biznesie. A być może zaakceptować jego nieubłaganych reguł z chodzeniem na układy, podporządkowaniem się, sprzedaniem części siebie. I choć mówi się o niej powszechnie jako o ikonie lat 70. i 80., to jest to smutne stwierdzenie. Grace to osoba, którą roztrwoniono i w jakiś sposób okradziono z niej samej. A może ona sama tego dokonała? 
Wideoklipy do jej piosenek to małe dzieła sztuki, w których Jones poprzez teatralne gesty i zachowania – w których największą rolę odgrywa wzrok, którego demoniczny, nieco szalony i przerażający charakter czynił z niej wampa i cyborga jednocześnie – zmusza widza do współuczestniczenia w tworzeniu. Piosenka – jak choćby jej chyba największy hit – Libertango (I’ve Seen This Face Before) czy wielokrotnie nagradzany klip do Slave to the Rhythm, w którym składa hołd kulturze afroamerykańskiej w całym jej bogactwie – jest pretekstem do odegrania czegoś na kształt sztuki teatralnej. Image Jones, tak konsekwentnie budowany przez lata, był czymś szokującym. To nie były czasy gender, choć przecież niejednoznacznie seksualnych postaci popkultura tamtego okresu miała wcale niemało. Jednak była to stricte męska domena. Grace przetarła szlaki kobietom, konsekwentnie jednak nie ujawniając swojej przynależności do którejś z płci. Jej drapieżność, kubistyczna fryzura, krzykliwy, ale zarazem oryginalny (obwód konturu ust w Libertango!) makijaż, były w czasach złotych kalifornijskich dziewcząt czymś szokującym, a wręcz odstręczającym. 


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.