Giampaolo Sgura podbija świat mody. Mimo młodego wieku osiągnął już bardzo wiele – ma na swoim koncie liczne współprace ze światowej rangi markami m.in. z francuską, włoską, niemiecką i japońską edycją magazynu Vogue; kampanie reklamowe dla marek: Gucci, Max Mara, Pierre Balmain, Romeo Gigli, Massimo Dutti, Emporio Armani, Reebok czy też Revlon, a także spore perspektywy na kolejne ciekawe projekty.
Jednak początki wcale nie wskazywały na to, że jego kariera potoczy się w tym kierunku. Giampaolo Sgura pochodzi z prostej rolniczej rodziny zamieszkałej na południu Włoch, której źródłem utrzymania jest produkcja oliwy. Apulia, choć to przepiękny turystycznie region, znana jest raczej z rozleniwienia rodzimych mieszkańców i typowego dla nich życia według zasady dolce far niente, co w wolnym tłumaczeniu może oznaczać słodycz nicnierobienia (pokazanej dość humorystycznie w filmie Jedz, módl się, kochaj). Jedno jest pewne: pogoń za karierą nie jest tradycyjną wartością dla mieszkańców południa Italii.
Giampaolo wybrał natomiast nieco inną drogę i ruszył na sam szczyt ku realizacji młodzieńczych marzeń, choć z pewnością nie była to droga łatwa. Od najmłodszych lat marzył bowiem o wkroczeniu do barwnego świata mody. Wychowanie w tradycyjnej rodzinie i rówieśnicy niepodzielający jego zainteresowań nie ułatwiali sprawy. Dla młodego Włocha świat magazynów i wielkich nazwisk przez dłuższy czas zdawał się być totalną abstrakcją. Furtką okazał się wyjazd do Mediolanu na bardziej przystępne studia architektoniczne. Pobyt na północy kraju ujawnił przed osiemnastolatkiem nowe możliwości i rozszerzył perspektywy. Obracając się wśród przyszłych adeptów sztuki, Giampaolo stwierdził, że pragnie zostać projektantem mody. Z perspektywy czasu spokojnie można stwierdzić, że był to jedynie wstęp do artystycznego świata. Samokształcenie się z zakresu mody okazało się w przypadku Sgury ciekawsze i dające lepsze rezultaty, niż zajmowanie się architekturą. Jak to zwykle bywa, życie napisało jednak nieco odmienny scenariusz i tak Sgura został światowej rangi fotografem mody. Studia ukończył, ale architektura usunęła się gdzieś na bok. Pozostało wysmakowane wyczucie kompozycji i oddziaływania na siebie poszczególnych obiektów w danej przestrzeni.
Jego fotografie z reguły mieszczą się w jednym z dwóch z pozoru przeciwstawnych nurtów: pierwszy to ten nonszalancki, nasycony elektryzującymi spojrzeniami modeli i modelek; kadry przypominające nieco plakaty wiszące w pokojach zbuntowanych nastolatków, kipiące wolnością i seksem. Drugi – bardziej stonowany, klasyczny i elegancki, daje odbiorcy miejsce na oddech. Jak twierdzi Sgura „klasyczne napięcie jest bowiem warte o wiele więcej niż działanie efektem taniego zaskoczenia, z którym spotykamy się powszechnie”. Miks tych dwóch nurtów można nazwać kwintesencją jego stylu, przesyconego zarówno elegancją, klasyką jak i erotyzmem. Sgura stara się ukazać powierzchowną obsesję na temat ciała; jego zdjęcia często przypominają o naturze seksu, są naelektryzowane emocjami, mocne, może nieco kontrowersyjne.
Przykładem jest sesja You get what you pay for dla magazynu Hercules, gdzie ma się do czynienia z jawnym erotyzmem przemieszanym z religijnymi symbolami. Skojarzenia można mieć (oczywiście jeśli chodzi o sam zamysł) z Kalendarzem Rzymskim Piero Pazziego, dystrybuowanym w Watykanie w 2014 roku, wykorzystującym wizerunek przystojnych księży do promocji Kościoła. Fotograf poszedł o krok dalej, dla bardziej konserwatywnych osób możliwe, że o krok za daleko.
Kolejna bardzo charakterystyczna seria zdjęć Sgury to cykl zatytułowany Working class hero. Mężczyźni ubrani w stroje największych marek (m.in. Gucci czy Armani), w groteskowy sposób odzwierciedlają typowy ubiór dla danej grupy zawodowej. Spotkamy tu: ogrodnika, chemika, pilota, ratownika czy też żołnierza. Białe tło, mocno zarysowana sylwetka, dobrze widoczne czyste kolory i niebanalne podejście do przedstawienia tego tematu. Analogiczną sesją do tej, ale w wersji żeńskiej, jest ta zamieszczona w bożonarodzeniowym wydaniu paryskiego Vogue z 2014 roku. Modelki opakowane w pudełka rodem z firmy Mattel niczym lalki Barbie (tylko w nieco większej skali) reklamujące nie tylko luksusowe ubrania, ale także całą gamę dodatków, kosmetyków i akcesoriów dopełniających stylizację. To ładne przeniesienie na obraz całej filozofii Sgury na temat fotografii modowej, skupiającej się głównie na wyeksponowaniu produktu w nietuzinkowy sposób.
Sgura w swoich pracach stosuje prosty ale niezawodny patent, na który składają się jedynie trzy elementy: nieskomplikowane tło, model oraz dobrze widoczne ubranie będące ZAWSZE dominantą obrazu. To przecież ubranie nigdy nie powinno gubić się na zdjęciu. Stąd wzięła się niechęć Sgury do dodatkowych scenograficznych ozdobników. Ważne jest jednak, by tak klasyczny kadr podrysować nieco adrenaliną. Dzięki temu staje się wtedy jakby pełniejszy. Giampaolo unika mechanicznego naciskania spustu migawki, nie chce być odtwórczy i traktowany jedynie jako rzemieślnik, choć nie uważa się także za artystę, a tym bardziej za romantyka. Wielokrotnie w wywiadach podkreśla, że wkradł się w świat komercyjny i dobrze mu z tym – nie boi się mówić wprost o tym, że fotografia daje mu pieniądze. Spytany o cel i sens mody odpowiada (ujawniając tym samym swoje pragmatyczne podejście), że owszem może i pozwala ona na autoekspresję, ale bez niej przecież bylibyśmy w stanie dalej żyć. Jego ścieżka jest prosta, wytyczona przez kulturę i tradycyjną rodzinę z jakiej się wywodzi. Nie lubi modeli dziwacznych, niekonwencjonalnych, wybiera do sesji raczej tych przystępnych dla wszystkich odbiorców, mających w sobie ponadczasową elegancję i dumę. Inspiruje się oczywiście także włoską sztuką, głównie filmami Felliniego, reżysera będącego światową ikoną kina.
Na jego fotografiach widać także jawne inspiracje trzema amerykańskimi twórcami: Richardem Avedonem, słynącym z czarno-białych ujęć pełnych emocji, Irvingiem Pennem, nawiązującym nieco do surrealistycznych klimatów oraz Stevenem Meiselem nie stroniącym od szaleństwa.
Sgura rozróżnia specyfikę pracy przy kampaniach reklamowych i sesjach dla magazynów – te traktuje jako swoistą wizytówkę, w nich może wyrazić siebie i na ich podstawie tworzy portfolio. Jednak kampanie reklamowe to nieco inna bajka; tu ego fotografa schodzi na drugi plan, a on przez jak najlepsze wykorzystanie swojego talentu i umiejętności, stara się przekazać to, co mają reprezentować sobą modelki i czuwać nad tym, czy komunikat trafi do odpowiedniej grupy docelowej.
Jaki jest prywatnie? Z pewnością otwarty i jawny. Zarówno w zakresie informacji na temat swojej orientacji, a także poglądów. Bardzo aktywny w mediach społecznościowych, wspierający ruchy prowegańskie, a także te związane z szeroko rozumianą ochroną środowiska. Fakt, że wykorzystuje swoją rozpoznawalność, by promować wartości ważne dla siebie, ale także dla reszty świata, jest z pewnością postawą godną uwagi.
Nie uważa się za artystę, jest komercyjny, ale też do bólu szczery i otwarty. Zarabia na zdjęciach pieniądze, nie szuka w tym idei, działa najlepiej jak potrafi i podczas sesji jest w stu procentach obecny. Czy trzeba czegoś więcej, czy właśnie może takie podejście jest przepisem na sukces w branży modowej?