zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Friedrich Nietzsche. Radosna rozpacz nihilisty

Odciął ludzi od respiratora prawd i wartości, którym byli wierni od wieków. Krytykował chrześcijaństwo za to, że pielęgnując moralność opartą na miłosierdziu i altruizmie, hołubi jednostki słabe i mierne. Stał się ulubionym filozofem Hitlera. Fryderyk Nietzsche. Bezwzględny, żądny władzy piewca nihilizmu czy schorowany i bezradny człowiek, który codziennie, niczym w lustrze, przeglądał się w swojej rozpaczy? 
 

 

Wiek XX miał być wiekiem należącym do Nietzschego? Czy rzeczywiście był?
Ależ tak. Kiedy Bóg umarł, filozofia Nietzschego stała się niezbędna. Objawiałem ludziom nową „religię” niczym bohater jednego z moich dzieł – wędrujący nauczyciel Zaratustra. Byłem i nadal jestem, choć nastał wiek XXI, najczęściej czytanym myślicielem w Europie. Moje nazwisko pojawia się podczas dyskusji dotyczących krytyki cywilizacji, końca historii, postmodernizmu, upadku moralności czy klonowania człowieka.


Istotnie, zawsze kiedy trwa debata nad kontrowersyjnymi zagadnieniami, pada twoje nazwisko. Historycy nie bez powodu podkreślają, że stworzona przez ciebie filozofia potrafi działać na umysły ludzi jak mocne wino. 
Moje koncepcje filozoficzne były raczej jak dynamit, który niszczył dotychczasowy sposób postrzegania rzeczywistości, dający fałszywy obraz świata i człowieka. Dokonałem przewrotu w umysłach ludzi XX wieku. 


Jednak Bertrand Russell twierdzi, że twoją filozofię można streścić słowami z Króla Leara Szekspira: Coś takiego zrobię, że… Jeszcze nie wiem co, lecz wiem, że ziemia zadrży ze zgrozy…
Russell to szyderca, który kpił, że mianowałem się prorokiem nadchodzącego czasu, i wyśmiewał moje rzekomo samochwalcze idee. Ale przypomnij sobie słowa Leszka Kołakowskiego, waszego genialnego filozofa, który podkreślał, że Nietzsche miał kawał racji przewidując takie charakterystyczne dla XX stulecia zjawiska jak nihilizm, cynizm czy niewiara, a także porzucenie litości, miłowania bliźniego i cnót chrześcijańskich. Przecież o burzliwym XX wieku mówicie jako o epoce ponietzscheańskiej, choć badacze historii sugerują, że jej założycielami byli też Marks oraz Freud. No i niemałe znaczenie miał Darwin, z pism którego czerpałem natchnienie. 


Nie przerażała cię wizja życia na moralnej pustyni, którą ukazywałeś czytelnikom swych pism?
Nie mów tak, bo gotów jestem cię uznać za przedstawicielkę licznego motłochu, który opacznie interpretował moje dzieła. Pustynia moralna nikomu nie grozi, każdy ma bowiem taką moralność, jaką sobie stworzy i jaka jest mu potrzebna do realizowania życiowych celów. Jedni mają moralność, która gwarantuje im beztroskie życie, inni taką, która pozwala wziąć odwet na wrogach. Każda moralność jest dobra, jeśli okaże się skuteczna. Ja tylko przestrzegam przed rozpowszechnianiem szkodliwej teorii o wartościach istniejących obiektywnie, które rzekomo są jak latarnia wypełniająca życie światłem sensu. To koncepcja dla miernot i słabeuszy. 


To znaczy, że wszystko wolno? Ty, wierny czytelnik Dostojewskiego, rozumujesz jak Raskolnikow. Były student prawa, stojący w obliczu katastrofy finansowej żywi przekonanie, że ludzie wielcy mają prawo do zbrodniczych czynów, że nie podlegają moralnym uwarunkowaniom. Dlatego zabija starą lichwiarkę, a przy okazji przypadkowego świadka zdarzenia. Ludzie dzielą się na niewolników i panów, którym wszystko wolno, twierdzi Raskolnikow. O tym, w której grupie się znajdziemy, decyduje zdolność do czynów.
Niestety, Raskolnikow okazał się jednostką rachityczną. Nawrócił się, co oznacza, że wmówiono mu istnienie Boga i prawd obiektywnych, bezwzględnych, a takich nie ma. Ostateczne prawdy są jedynie niedającymi się obalić błędami ludzkimi. No bo jak znaleźć prawdę, która potrafi okiełznać ciągle zmieniającą się różnorodną rzeczywistość? Przecież każda tzw. prawda ją uprości i zdeformuje. Urządziliśmy sobie świat tak, byśmy mogli w nim żyć. Wprowadziliśmy ciała, linie i płaszczyzny, przyczyny i skutki, ruch, spoczynek, kształt i treść… Ale ich istnienie wcale nie jest dowiedzione. Nasze prawdy to złudzenia, w które uwierzyliśmy. Pojęcie absolutu to jedynie myślowy schemat nieznajdujący pokrycia w rzeczywistości. Pytasz, czy wszystko wolno? Otóż nie. To nieuprawniona, choć powszechna interpretacja mojej koncepcji. Opisywany przeze mnie świat – nadżarty przez nihilizm i opuszczony przez Boga – wymaga specjalnej moralności, którą może stworzyć jedynie ten, kogo nazwałem nadczłowiekiem.


Czyli kto?
Ktoś bezbronny wobec świata, w którym dobro i zło splatają się w jedną całość, tak że trudno je odróżnić – a jednak potrafiący afirmować życie i znosić jego niedole. Ktoś, kto nie dysponując teologicznymi podpórkami, ma odwagę skoczyć w ciemność i dokonać przewartościowania wszystkich wartości. Ktoś, kto jest świadom, że owo przewartościowanie ma wymiar egzystencjalny, a nie intelektualny, więc gra, jaką rozpocznie, będzie grą o życie. Ktoś, kto nie będzie dążył do odkrycia nieznanej dotąd prawdy, bo doskonale wie, że wszelka prawda o życiu sama jest życiem i dopiero tworzy się wraz z nim. To rzymski cezar z duszą Chrystusa, obdarzony wolą mocy – czyli energią życiową, przyczyną wszelkich działań – czyniącą go szlachetnym i dzielnym, choć nieraz okrutnym wojownikiem, który potrafi wyrosnąć nad miernotę i nie boi się być samotnym i znienawidzonym przez tłum.


Cóż, przyznam, że to dość pokrętny i niejasny opis. Historycy filozofii mogą się jedynie domyślać, o jaki wzorzec człowieka ci chodziło. Frederick Copleston pisze, że to zapewne ktoś o wysokiej kulturze, mający wszystkie cielesne umiejętności, tolerancyjny z racji siły, w pełni wolny i niezależny.
Jestem skłonny zgodzić się z taką interpretacją… 


Cechy nadczłowieka chętnie znajdowali u siebie piewcy niemieckiego nacjonalizmu z Hitlerem na czele. Führer podobno nie czytał twoich dzieł, ale je znał…
To kładzie się cieniem na całej mojej filozofii. Tymczasem w nazistach było tyle nadczłowieka, ile we mnie chrześcijanina. Kołakowski doskonale przewidział, że gdybym dożył czasów Trzeciej Rzeszy, gardziłbym hitlerowską hołotą, stanowiącą wcielenie stadnych potrzeb i emocji. Nadczłowiek jest wszak samotnym wojownikiem. Cała moja koncepcja to apoteoza indywidualizmu, niedorzecznością więc było budowanie na niej systemu totalitarnego, który wszelki indywidualizm unicestwia. 


Czy koncepcja nadczłowieka nie jest formą kompensacji? Skupia on w sobie wszystkie cechy, których zabrakło tobie, samotnemu, schorowanemu, udręczonemu i lekceważonemu filozofowi, od którego odwróciło się intelektualne środowisko. Ostatnie lata twojego życia, które spędziłeś we Włoszech i Szwajcarii, to istne piekło. W czasie gdy nie byłeś przykuty do łóżka, chodziłeś na dalekie spacery, mówiłeś do siebie, narzucałeś się z rozmową przypadkowym osobom i pisałeś listy do nielicznych przyjaciół, skarżąc się, że po zachodzie słońca czujesz się opuszczony.
Nie dostrzegasz, że w życiu, jakie wiodłem, manifestuje się moja wielkość? Ja, człowiek opuszczony przez Boga, oderwany od tradycji, kwestionujący wyświechtaną wiedzę akademicką i świadomy, że poza siłami natury nie ma żadnej siły moralnej utrzymującej świat w harmonii, staję oko w oko z rozpaczą i nie poddaję się jej. Przeżywam swoje życie z heroiczną radością i do tego stopnia akceptuję wszystko, co mnie spotyka, że chcę je przeżywać nieskończoną ilość razy.


Mówisz o koncepcji wiecznego powrotu, zgodnie z którą wszechświat ma skończoną liczbę cząstek, a tym samym układów, jakie można z nich tworzyć. Dlatego wszystko powtarza się w każdym najdrobniejszym szczególe, choć w ogromnych odstępach czasu. To przygnębiająca wizja. W filozofiach Wschodu mamy do czynienia z ideą reinkarnacji, ale ona daje jakieś pocieszenie, bo kolejne wcielenia, w zależności od naszej postawy moralnej, mogą być dla nas lepsze.
To może wydawać się przygnębiające tylko dla jednostek miernych i krótkowzrocznych. Ja po prostu mówię „tak” życiu takiemu, jakie ono jest. Na tym polega moja siła. Piętno wieczności mnie nie przeraża, bo wolny duch niczego nie żałuje i wszystko może powtórzyć kolejny raz. Wolność jest bowiem zgodą na wszystko, co się wydarza. I wszystko to należy witać z fantazją, nieobliczalnością i euforią, choć to niełatwe.

 

Grzebiący w twoim życiu biografowie twierdzą, że od czasów studenckich cierpiałeś na kiłę, która ostatecznie doprowadziła cię do szaleństwa i zamknęła w zakładzie dla obłąkanych. Ponoć to ona wywoływała specyficzny stan twojego ducha i przypływy natchnienia. Może gdybyś żył po wynalezieniu penicyliny, udałoby ci się zmienić bieg swoich myśli i „uciec” z koła wiecznego powrotu?
To, co mówisz, przyjmuję ze spokojem, bo tragiczność losu polega również na spotykaniu takich osób jak ty: z tłumu, z pospólstwa, o niezbyt wyrafinowanej umysłowości, nawykłych wyłącznie do schematycznego myślenia. Taka intelektualna ciasnota w kontakcie z moją filozofią zawsze spycha na interpretacyjne mielizny. Czy rzeczywiście myślisz, że za moimi wybitnymi dziełami stoi krętek blady? I czy sądzisz, że siał spustoszenie w mózgach starożytnych stoików, którzy również pielęgnowali ideę wiecznego powrotu? I naprawdę wydaje ci się, że tragizm istnienia można leczyć penicyliną? Gdyby tak było, Sartre nigdy nie odczuwałby swych słynnych mdłości.


Co właściwie jest najważniejsze w życiu takiego człowieka jak ty, odłączonego od respiratora wszelkich prawd i wartości? Dla człowieka, który funkcjonuje poza dobrem i złem?
W moim życiu najważniejsze jest… życie: jego strumień, który łamie wszelkie bariery i ignoruje wszelkie ograniczenia. Przepływa przeze mnie z dziką i witalną siłą, ukazując mroki i okropieństwa rzeczywistości. A ja triumfalnie go afirmuję, przyjmując nawet najdotkliwsze cierpienia, bo jestem dostatecznie silny, pełny i ubóstwiający. Jestem szczęśliwy, że jestem. 


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.