zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Co wróży imię Róży?

Moja teoria, nieco mniejszego Bang Bang, podpowiada mi z kolei, że kilka lat temu 
w samym sercu trzaskającego mrozem Bad Aussee, gdy w rozgwieżdżone niebo strzelały sztuczne ognie, a w belki na suficie korki od szampana, w moim mikrokosmosie też dokonywała się gigantyczna przemiana. Chociaż na efekt końcowy należało poczekać jeszcze dziewięć miesięcy.

 

Dziś czteroletnia Matylda bada wytrzymałość forniru na meblach kuchennych, zatrzymując swoją hulajnogę zawsze o sekundę za późno, a pod kaskiem, który z pełnym namaszczeniem zakłada za każdym razem przed tymi crash testami, nawet nie przemknie jej myśl (bo i jakim by sposobem), że przez pierwszych pięć miesięcy swojego życia płodowego była Antkiem. Skoro poczęcie okazało się kulminacją sezonu narciarskiego 2007/2008, austriacka przyśpiewka „Anton aus Tirol” miała zasłużenie zyskać drugie życie. Niedoszły Antek nie wykształcił jednak odpowiednich atrybutów i został Matyldą. Ku rozpaczy obu babć. I nie płeć dziecka była jej przyczyną. Tak oto dochodzimy do sedna.
Wszyscy rodzice chcą wierzyć, że mają znaczący wpływ na to, jaką osobą stanie się w przyszłości ich dziecko. Ta wiara w sprawczą moc rodzicielskiej miłości, chęć zasygnalizowania światu swoich oczekiwań co do przyszłego poziomu życia dziecka ujawnia się już w pierwszym oficjalnym akcie, jakiego dokonuje rodzic: nadaniu dziecku imienia. 
Czy będzie to imię tradycyjne, czy nowoczesne, ekstrawagancko artystyczne czy przewidywalnie statystyczne, wyjątkowe czy wyjątkowo niedorzeczne – zależy od wielu czynników. Głównym czynnikiem jest oczywiście sam rodzic, ale na to, jaką podejmie decyzję, wpływa jego wykształcenie, pozycja ekonomiczno-społeczna, miejsce zamieszkania, a w społeczeństwach wielokulturowych również rasa i religia. 
W Polsce, kraju narodzin „nowej, świeckiej tradycji”, faktycznie znalazło się kilku dumnych kontynuatorów spuścizny Stanisława Barei, którzy postanowili swoje nowo narodzone córki uszczęśliwić i wyróżnić imieniem Tradycja. Podejrzewam, że tradycją w tych rodzinach stanie się też zmiana imienia przez główną zainteresowaną, tuż po uzyskaniu przez nią pełnoletności. 
Tutaj z pomocą przychodzi ustawodawca, który dość jasno, ale zarazem w elastyczny sposób opisuje sytuacje, które uprawniają do zmiany imienia lub nazwiska. Katalog powodów uzasadniających zmianę jest otwarty, a przepisy ustawy wskazują jedynie przykładowe sytuacje uzasadniające zmianę danych: –
gdy aktualne imię lub nazwisko jest ośmieszające albo nielicujące z godnością człowieka,
 – na imię i nazwisko używane,
 – na imię lub nazwisko, które zostało bezprawnie zmienione; na imię lub nazwisko noszone zgodnie z przepisami prawa państwa, którego obywatelstwo również się posiada (źródł: www.msw.gov.pl).
Każdy przypadek jest rozpatrywany indywidualnie i pozytywna odpowiedź zależy od oceny urzędnika. W celu jej uzyskania należy złożyć wniosek o zmianę imienia wraz z uzasadnieniem, odpisy zupełne aktów stanu cywilnego, dokument stwierdzający tożsamość i uiścić opłatę skarbową w wysokości 37 zł. 
Potem pozostaje tylko trzymać kciuki, by nasze uzasadnienie wniosku poruszyło uodpornione na wszelkie ckliwości urzędnicze serce.
Epizod rodem z filmu Barei zaliczyła też moja rodzina, gdy w 1983 r. na świecie pojawiła się moja siostra. Dumny tato pognał do Urzędu Stanu Cywilnego i, rozpierany szczęściem, zderzył się z chłodnym obliczem urzędniczki po drugiej stronie szyby. Jej reakcja na wybrane przez rodziców imię, Sandra, była jedyną słuszną w tamtych latach. Tak jak u Barei, gdy w słynnej scenie na poczcie pada kultowe już: „Londyn? Nie mam takiego miasta. Jest Lądek. Lądek Zdrój”, tak tato usłyszał: „Sandra? Nie ma takiego imienia. Jest Aleksandra”. Jako że ojciec do kłótliwych nie należał, po powrocie do domu rozsierdzonej matce machnął przed nosem kwitem zaświadczającym, że ich druga córka to mała Oleńka. Gdy siostra pięknie dorosła, a w tym czasie jeszcze piękniej zmienił się ustrój, błąd naprawiono. 
Patrząc jednak na to, jak przez ostatnie lata wybujała kreatywność niektórych rodziców, czasem aż prosi się, by jakaś nieprzejednana urzędnicza figura uderzyła pięścią w biurko i powiedziała: „Basta!”. Być może wówczas Bogu ducha winne dzieciaki nie musiałyby zmagać się z imionami typu: Kira, Serafin, Letycja, Witomir, Żaklina, Torkil, Guantanamera, Ziemomysł, Mercedes, Żywia, Szarlota czy osławiona już Alikia Ilia. Na szczęście, jak potwierdzają statystyki, są to barwne, ale jednak wyjątki. W kwestii nadawania imion jesteśmy dość przewidywalni. Od dziesięciu lat lista najpopularniejszych imion dla chłopców i dziewczynek praktycznie się nie zmienia i wygląda następująco:
Na losowo wybranym placu zabaw próba przywołania dziecka o imieniu Julia, Oliwka czy Jakub kończy się więc tym, że od drabinek odkleja się połowa dzieci. 
Na podstawie obserwacji poczynionych w przedszkolnej szatni łatwo wywnioskować też, że do łask powróciły imiona nie tyle staropolskie, co tradycyjne: Stefania, Franciszka, Ignacy, Leopold czy Antoni. W mojej subiektywnej ocenie pod polskim niebem brzmią o niebo lepiej niż Allan, Fabienne, Lisa Marie czy makabrycznie spolszczony Brajan. W takich przypadkach usprawiedliwić można tylko owoce miłości międzynarodowej.
Czego byśmy jednak nie zrobili i tak nie mamy szans kreatywnością dorównać Amerykanom. „New York Times” opisał przypadek pewnych młodych rodziców – Natalie Jeremijenko i Daltona Conleya, którzy pewnego dnia postanowili zmienić nazwisko swojego czteroletniego synka na Yo Xing Heyno Augustus Eisner Alexander Weiser Knuckles Jeremijenko-Conley. Cóż dodać, chyba tylko: powodzenia, mały!
Z kolei mieszkaniec Harlemu, Robert Lane, chciał sprawdzić proroczą moc imion i jednemu ze swoich synów dał na imię Winner (Zwycięzca), a kolejnemu Loser (Przegrany lub Frajer). Nie chodziło absolutnie o to, że nie cieszył się z narodzin syna, po prostu bawiła go gra słów, jaką tworzyła ta para imion. Opisujący ten kuriozalny przypadek amerykański ekonomista Steven D. Levitt postawił celne pytanie: Czy jeśli Winner Lane nie mógł przegrać, Loser Lane mógł odnieść sukces? 
Dość powiedzieć, że to właśnie Loser jest tym, któremu się powiodło. Skończył studia w Lafayette College w Pensylwanii i wstąpił do nowojorskiej policji, gdzie dosłużył się stopnia detektywa, a później sierżanta. Największym osiągnięciem Winnera Lane’a jest natomiast bogata w wykroczenia kartoteka policyjna. Ich ojciec miał rację – imię to przeznaczenie. Pomylił tylko chłopców.
W USA wiele badań naukowych poświęcono analizowaniu społecznych i ekonomicznych różnic między białymi i czarnymi Amerykanami, biorąc pod uwagę wyraźną segregację kulturową, która przejawia się również tym, że czarni Amerykanie nadają swoim dzieciom imiona diametralnie różne od imion białych dzieci.

 

Jakie są więc „najbielsze” i „najczarniejsze” imiona?
10 „najbielszych” imion dziewczynek: Molly, Amy, Claire, Emily, Katie, Madeline, Katelyn, Emma, Abigail, Carly.

 

10 „najczarniejszych” imion dziewczynek: 
Imani, Ebony, Shanice, Aaliyah, Precious, Nia, Deja, Diamond, Asia, Jada.

10 „najbielszych” imion chłopców:
Jake, Connor, Tanner, Wyatt, Cody, Dustin, Luke, Jack, Scott, Logan.

 

10 „najczarniejszych” imion chłopców: 
DeShawn, DeAndre, Marquis, Darnell, Terrell, Malick, Trevon, Tyrone, Willie, Dominique.

 

Według naukowców nadawanie dzieciom „superczarnego” imienia jest wysyłaniem przez rodziców sygnału solidarności z czarną społecznością i manifestacją niechęci do „małpowania białych”. Z kolei biali rodzice wysyłają równie silny sygnał w przeciwnym kierunku, nadając swoim dzieciom imiona, które występują co najmniej cztery razy częściej wśród białych. 
Ciekawego odkrycia dokonano, analizując dane z Kalifornii, dotyczące tzw. imion aspiracyjnych. W latach 90. ub.w. urodziło się tam ośmiu Harvardów (wszyscy czarni), piętnaścioro dzieci o imieniu Yale (wszystkie białe) i osiemnastu Princetonów (wszyscy czarni). Pięciorgu dzieciom dano na imię Lawyer, czyli Prawnik (sami czarni), a dziewięciorgu Judge, czyli Sędzia (z czego ośmioro dzieci było białych). Nie wiem, co amerykański Urząd Zabezpieczeń Socjalnych zamierza zrobić z nasuwającą się politycznie niepoprawną dygresją, że to jednak biali będą sądzić czarnych.
Afroamerykanie musieli ustąpić też pozycji Latynosom, którzy obecnie są drugą, po białych Amerykanach, grupą etniczną w USA. W 2010 r. około 50 mln mieszkańców Stanów Zjednoczonych było pochodzenia latynoskiego. Niezależnie od polityki emigracyjnej USA jedno można powiedzieć z całą pewnością – napływ emigrantów z Ameryki Południowej odmłodził amerykańskie społeczeństwo. Przeciętna amerykańska rodzina ma jedno lub dwoje dzieci, podczas gdy w rodzinach latynoskich przeważa model wielodzietny. Według przewodniczącej organizacji BabyCenter en Español, dla hiszpańskojęzycznych rodziców równie istotne jak nawiązywanie do kraju pochodzenia przodków przy nadawaniu imion dzieciom jest, by w wielokulturowym społeczeństwie wymowa danego imienia nie sprawiała nikomu trudności. Chłopcy otrzymują więc najczęściej imiona: Santiago, Matias i Sebastian, a Sofia było w ubiegłym roku najpopularniejszym imieniem dla dziewczynki o hiszpańskich korzeniach. Drugim w kolejności jest Isabella. W Nowym Jorku w ubiegłym roku najwięcej dziewczynek, ponad 600, otrzymało imię Isabella, co z dumą zakomunikował burmistrz miasta Michael Bloomberg. Czy było to wynikiem posiadania latynoskich przodków, czy popularnością imienia Bella z sagi „Zmierzch” burmistrz nie ogłosił. Swoją drogą, jemu samemu też przybyło imienników – imię Michael było piątym najczęściej nadawanym urodzonym w Nowym Jorku chłopcom, wyprzedziły go tylko: Jayden (ponad 800), Jacob, Ethan i Daniel.
Najnowsze dane za rok 2012, zamieszczone przez portal Huffington Post, świetnie obrazują, jak duży wpływ na popularność poszczególnych imion wywiera popkultura. Na pierwszym miejscu wśród imion żeńskich znalazło się imię Katniss – nosi je główna bohaterka serialu „The Hunger Games” („Igrzyska śmierci”). Z kolei imiona takie jak Penelope, Chloe, Evelyn i Wren wysoką pozycję w rankingu zawdzięczają rodzinie, która w USA od kilku lat kształtuje estetyczne upodobania, i nie jest to rodzina prezydencka, lecz Kardashianowie. 
Amerykańskie zrównanie genderowe doprowadziło również do wzrostu popularności imion uniseks, wśród których najpopularniejsze w 2012 r. były: Harper, Quinn, Rowan, Kai, Avery, Sawyer, Emerson, Elliot, Rory i August.
Lektura pełnej listy stu najczęściej nadawanych dzieciom imion w USA pozwala przypuszczać, że gdybym nie była matką Polką, tylko matką Amerykanką, mój syn nosiłby imię Atticus. W starciu z przystojnym i szlachetnym Atticusem Finchem, w trzyczęściowym garniturze i okularach w szylkretowej oprawie, którego brawurowo zagrał Gregory Peck w filmie „Zabić drozda”, nawet mojemu mężowi zabrakłoby argumentów. Nie mówiąc o babciach…
Podsumowując, dla dziewcząt w USA wybiera się najczęściej imiona ekscentryczne, odzwierciedlające chwilową modę, lansowane przez postacie z pierwszych stron gazet, lub przeciwnie, ostentacyjnie staroświeckie. Chłopcom chętnie nadaje się imiona ze Starego Testamentu, na równi ze skandynawskimi lub tradycyjnymi irlandzkimi. 
Zastanawiający jest obecny trend nadawania dzieciom imion hebrajskich, podczas gdy jeszcze kilkadziesiąt lat temu wszelkie odniesienia do żydowskich korzeni były odcinane bez sentymentu. W ten sposób Frederick Austerlitz stał się Fredem Astaire’em, Issur Danielovitch Demsky – Kirkiem Douglasem, Allen Stewart Konigsberg – Woodym Allenem, Winona Laura Horowitz – Winoną Ryder, a Ralph Lifshitz, wielbiony od 5th Avenue po plaże Hamptons – Ralphem Laurenem. Świat mody i show-biznesu rządzi się jednak swoimi prawami i czasem dla wizualnego efektu trzeba tu i ówdzie przyciąć lub wygładzić. 
Gdy myślę o nazwiskach żydowskiego pochodzenia, nasuwa mi się jedno – Lewinkopf. Nie brzmi znajomo? Ale Kosiński już tak, prawda? Ta zmiana nie była po to, by zaspokoić własną próżność, dogodzić producentom lub wydawcom, lepiej prezentować się na okładce książki czy filmowym afiszu. Była po to, by przeżyć. Kto wie, kiedy (i czy rzeczywiście) pojawiła się pokusa, by wraz z nowym nazwiskiem zafundować sobie nową tożsamość. Napisać jeszcze raz własną historię. Lepszą, bardziej wyrazistą. Pełnokrwistą. Nie czuję się upoważniona, by skomentować ten życiorys. Mogę tylko podziękować Januszowi Głowackiemu za jego świetną książkę „Good Night, Dżerzi”, która przybliżyła mi historię Kosińskiego – doskonałego pisarza, niezwykłej osobowości, człowieka, o którym wszyscy, którzy go znali, mówili, że był wyjątkowy. I mogę mieć nadzieję, że amerykański sen, wyśniony przez Kosińskiego, dla nikogo więcej nie zmieni się w amerykański koszmar. 
Z całą świeżo zdobytą wiedzą o trendach w nadawaniu imion za oceanem wypada jeszcze pochylić się nad amerykańskim Kowalskim. W powszechnym przekonaniu powinien on nazywać się John Smith, tak jednak nie jest. Z danych amerykańskiego urzędu statystycznego wynika, że Smith jest wciąż najczęściej występującym nazwiskiem w USA (nosi je ponad 2,4 mln osób), ale większość Johnów już dawno umarła. W całej populacji USA obecnie najwięcej mężczyzn ma na imię James, natomiast Mary to wciąż imię, które nosi najwięcej kobiet, choć większość z nich jest już w słusznym wieku.
Ciekawostką jest, że Jan Kowalski, przedstawiany w Polsce jako wzór przeciętnego obywatela, podatnika czy posiadacza rachunku bankowego, w USA nie nazywa się James Smith, tylko John Doe. Tym imieniem i nazwiskiem określa się mężczyznę w postępowaniu sądowym, gdy jego dane osobowe mają pozostać niejawne, lub denata o nieustalonej tożsamości. Jest to także imię i nazwisko używane we wzorach różnego rodzaju formularzy. Można sobie więc wyobrazić, że nie ma lekkiego życia osoba, która rzeczywiście nazywa się John Doe, w zetknięciu z jakimikolwiek służbami bezpieczeństwa.
Zainteresowanych tematem, jak przedstawiają się rankingi najpopularniejszych imion w innych krajach; jakie imiona noszą dzieci gwiazd; ile jest imion palindromów; które imiona pochodzą od roślin, a które od kamieni szlachetnych; jak najlepiej nazwać konia, psa lub innego pupila; skąd wziął się pseudonim sceniczny Eminema oraz dlaczego Zbigniew Boniek we Włoszech miał przydomek „Bello di Notte” – odsyłam na stronę www.nomix.it. Dociekliwość i kreatywność Włochów naprawdę nie znają granic…


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.