zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Beata Pawlikowska. Dżungla amazońska

– Uważam, że wszystkie chemiczne dodatki do jedzenia osłabiają naturalną odporność człowieka i dlatego przestałam je jeść – mówi Beata Pawlikowska, podróżniczka, pisarka i dziennikarka, 
w rozmowie z Trendami.

 

 

Woli pani dżunglę amazońską od hotelu. Nie przeraża pani robactwo, dzikie zwierzęta i ta ciemność w nocy? Mogłaby pani zamieszkać w dżungli? 
Nie przeraża mnie. Tak, mogłabym tam zamieszkać. Mieszkałam w dżungli wiele tygodni i miesięcy. To czyste, prawdziwe miejsce. Czyste w znaczeniu metafizycznym. Prawdziwe w każdym sensie, także takim, że tam ludzie przestają udawać kogoś, kim w rzeczywistości nie są.
 

A dlaczego, według pani, dżungla jest najbardziej zmysłowym miejscem na ziemi? 
Bo działa na wszystkie zmysły, także na te, z których istnienia ludzie wychowani w mieście dawno przestali sobie zdawać sprawę. To po prostu miejsce magiczne.
 

Powiedziała pani, że osoby drobne, niewysokie są lepiej przystosowane do znoszenia trudnych warunków. 
Tak myślę. Nawet z logicznego punktu widzenia to ma sens, bo osoba o drobnej, szczupłej, zwartej budowie ciała łatwiej i szybciej poradzi sobie z koordynacją ruchów, utrzymaniem równowagi albo wykonaniem akrobatycznego skoku niż ktoś, kto jest bardzo długi, wysoki albo mocno zbudowany. Więc tak, myślę, że osoby drobnej budowy są bardziej wytrzymałe, łatwiej przystosowują się do nowych warunków – zarówno do gorącej, wilgotnej dżungli, jak i zimnego, rozrzedzonego powietrza w wysokich Himalajach. 


Stara Indianka powiedziała, że jest pani córką jaguara. Jak dogaduje się pani z Indianami?
Znam hiszpański i portugalski, mogę więc swobodnie porozumieć się z Indianinem, który jest moim przewodnikiem w dżungli i zna dialekty lokalnych plemion Indian. Poza tym wiele rzeczy można przekazać wyrazem twarzy, uśmiechem, a nawet mówiąc po polsku. Liczy się wtedy ton głosu i mowa całego ciała. Zdarzało mi się też rysować po mongolsku albo indonezyjsku, kiedy wyczerpałam wszystkie inne możliwości porozumienia się z tubylcami. 


Filozofia szczęścia, którą prezentuje pani w książkach, nie jest specjalnie odkrywcza. W dużym skrócie sprowadza się do wiary w to, że podstawą jest wsłuchanie się w siebie, pozbycie się iluzji na własny temat. Te porady są skuteczne, kiedy można pozwolić sobie na podróżowanie i rozwijanie swoich pasji. 
Istotnie, moim zdaniem trzeba najpierw zaprzyjaźnić się ze sobą, a potem zapisać na nowo kody w podświadomości. Ale uważam, że to nieprawda, że tylko nieliczni mogą sobie na to pozwolić. Bo na czym, według pani, polega luksus takiego zachowania? Że mam dla siebie pół godziny dziennie, żeby popracować ze swoją podświadomością? To nie jest luksus, tylko obowiązek. Spędzić ze sobą trochę czasu, oczyścić swoją duszę – także po to, żeby stać się lepszym człowiekiem, który lepiej może zadbać o swoją rodzinę. 
Jestem przekonana o tym, że tylko człowiek, który jest szczęśliwy z samym sobą, może mieć szczęśliwy związek i szczęśliwą rodzinę. Bo jeśli umie zadbać o siebie, jeśli jest swoim przyjacielem, to jest też wolny od strachu i uprzedzeń, jest uczciwy i kieruje się dobrem. To w konsekwencji oznacza, że ma poczucie bezpieczeństwa. A to z kolei oznacza, że jego podświadomość nie będzie próbowała manipulować innymi ludźmi, żeby zdobyć to, czego jej brakuje. 


Znamy panią jako osobę, która pod wpływem podróży przeszła przemianę wewnętrzną. Miała pani depresję, anoreksję, przeżyła piekło, a teraz czuje się spełniona. Czy to nie jest tak, że po prostu pani dojrzała? 
Człowiek postrzega świat przez to, co ma zapisane w podświadomości i z czego nie zdaje sobie sprawy. Jeżeli w jego podświadomości rządzi strach – na przykład przed odrzuceniem albo brakiem akceptacji – to świat dookoła wydaje się groźny, chociaż w rzeczywistości wcale taki nie jest. I, niestety, z wiekiem wcale nie wyrasta się z fałszywych zapisów podświadomości. Trzeba je własnoręcznie znaleźć i zapisać na nowo. I wtedy dopiero człowiek świadomie uczy się nowego postrzegania samego siebie i rzeczywistości. Więc nie, to nie jest tak, że po prostu dojrzałam. Ja zaprzyjaźniłam się z moją podświadomością, znalazłam w niej fałszywe kody i zapisałam je na nowo. To bardzo pracochłonne zadanie. Można je porównać do codziennych treningów sportowca. Ale jeśli ćwiczysz wytrwale, nawet wtedy, kiedy nie masz na to ochoty, to w końcu osiągniesz cel.

Ostatnia pani książka, „W dżungli zdrowia”, wywołała duże kontrowersje. Główny zarzut jest taki, że propaguje pani ekononsens. „Jestem przekonana o tym, że każda chemicznie przetworzona substancja wprowadzona do ludzkiego ciała zakłóca jego naturalną siłę, odporność i funkcjonowanie”, pisze pani. Nie zażywa pani żadnych leków, hormonów czy suplementów diety? 
Moje wnioski wyciągnęłam na podstawie wielu lat podróżowania po świecie i obserwowania mojego organizmu. Jestem pewna, że ludzki organizm został zaprojektowany tak, że sam potrafi się leczyć i obronić przed chorobami, jeśli tylko ma silny układ odpornościowy. Uważam, że wszystkie chemiczne dodatki do jedzenia osłabiają naturalną odporność człowieka i dlatego przestałam je jeść. Gotuję proste, szybkie potrawy z warzyw i kasz z równie prostymi przyprawami, orzechami, nasionami i ziołami. Nie choruję i nie zażywam żadnych leków ani suplementów. 


Obecnie jest pani wegetarianką, ale prawo dżungli jest jasne – przeżyje tylko ten, kto je to, co jest akurat do zjedzenia. Pewnie zdarzały się sytuacje, że musiała pani zjeść to, co podano? Trudno przeżyć w dżungli bez mięsa? 
Mięso z przemysłowej hodowli w Europie to jest coś zupełnie innego niż mięso zwierzęcia, które żyje na wolności w dżungli i zostało dzisiaj rano upolowane. Choćby dlatego, że w przemysłowej hodowli zwierzęta są trzymane w ciasnych pomieszczeniach z betonu, nie mają dostępu do słońca, dostają do jedzenia syntetyczną karmę z antybiotykami. To więźniowie, którzy cierpią przez całe swoje krótkie życie. Takie mięso nie może być zdrowe. W dżungli często nie mam wyboru i muszę zjeść zupę z małpy, bo nic innego po prostu nie ma. Ale to jest zupełnie inne mięso. Myśliwy i małpa mieli równe szanse. Oboje żyją na wolności, jedzą zdrowe, naturalne jedzenie. I tym razem myśliwy był szybszy, mięso zostało bardzo szybko oprawione i przyrządzone. Myślę, że takie mięso w niewielkiej ilości raz na jakiś czas jest zdrowe.
 

Co pani jada na śniadanie? Najbardziej uniwersalna i pożywna potrawa, którą gotuje pani w domu? 
Na śniadanie od dawna jem codziennie owsiankę z kaszą jaglaną gotowaną na wodzie, z dodatkiem cynamonu, daktyli, rodzynek, nasion dyni i słonecznika. Pyszne, pożywne i lekkie. 
 

Nie boi się pani podróżować sama?
Lubię ludzi, jestem ciekawa świata, więc nie, raczej się nie boję. Jak dotąd spotykam samych bardzo sympatycznych ludzi i mam nadzieję, że tak będzie nadal. 


Jeździ pani na wyprawy z grupą Polaków. Czy każdy może pojechać w taką podróż? Ile to kosztuje? 
Czasem organizuję otwarte wyprawy, na które można się zapisać. Zabieram małą grupę i każdy może stać się jej uczestnikiem. Ceny są różne, zależnie od cen biletów lotniczych i lokalnych warunków. Od ponad dziesięciu lat w listopadzie organizuję wyprawę do dżungli amazońskiej. Jej koszt jest na pewno mniejszy, niż gdyby ktoś chciał samodzielnie spędzić dwa tygodnie w prawdziwej, dziewiczej puszczy. Choćby dlatego, że mam gotowe łodzie, które czekają, żeby zabrać nas w podróż po Amazonce. Zapraszam. 


W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.

Urzeczeni niezwykłością tego kraju postanowiliśmy opisać to, co przez kilka dni udało nam się tu zobaczyć, czego posmakować i czym nacieszyć oczy
 

Sztuka jako odtrutka na rzeczywistość. Sztuka jako lustro, bo kto inny pokaże dosadniej? I wreszcie sztuka jako wyraz kontestacji.