zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Artur Schopenhauer. Głosiciel gorzkiej prawdy

Nie przebierał w słowach, wypowiadając się na temat filozofów, którzy mieli inną niż on wizję rzeczywistości. Gdy wszedł w konflikt z sąsiadką, nie cofnął się zaś przed rękoczynami. Artur Schopenhauer. Okrutny sarkasta i grubianin. Zgryźliwy pesymista, ekscentryk i, jak mawiał Tomasz Mann, najracjonalniejszy filozof spośród wszystkich filozofów nieracjonalności. Znawca ludzkiej natury i surowy komentator historii, którą postrzegał jako bezsensowny, acz okrutny spektakl. Co wrażliwsi czytelnicy jego dzieł mieliby ochotę natychmiast strzelić sobie w łeb, ale zdaniem myśliciela nawet samobójstwo nie jest w stanie przerwać metafizycznego horroru, na jaki jesteśmy skazani.

 

Dlaczego zdecydowałeś się na studia filozoficzne?
Bo życie jest problemem i postanowiłem spędzać czas na zastanawianiu się nad nim.


Skoro tak, trzeba było skończyć medycynę, z której zrezygnowałeś. Ona potrafi rozwiązać wiele problemów – o wiele więcej niż filozofia.
Mylisz się. To właśnie filozofia, a nie jakakolwiek inna nauka, daje prawdziwe rozumienie tajemnicy świata.


A zatem czytając dzieła Fichtego, Schellinga i Hegla zbliżę się do Prawdy?
Nie wygaduj podszytych prowokacją bredni. Wiesz, że nie znosiłem tych idiotów.


Jednak gdy wykładałeś w Berlinie w 1820 roku, przekonałeś się, że na wykłady Hegla ciągnęły tłumy, podczas gdy do ciebie przychodziła garstka słuchaczy.
Ludźmi kieruje owczy pęd; w twoich czasach jest podobnie. Nie zmienia to faktu, że to nie Hegel tylko ja, Schopenhauer, byłem głosicielem Prawdy. Mam na nią monopol.
Dzisiaj mówi się raczej, że jesteś przebrzmiałym myślicielem.
Jasne, również i w twoich czasach w cenie są filozofowie „słodziacy” lukrujący świat swoimi wzniosłymi teoriami, które ukrywają mizerię świata i marność ludzkiego rodzaju.


Chwileczkę, chwileczkę, przecież wzmiankowany Hegel (notabene wielu ten gość miał wrogów wśród kolegów po fachu, którzy, krytykując myśliciela, robili mu niezłą reklamę) też pisał o cierpieniu.
Ale Hegel je ignoruje. To tylko produkt uboczny postępu, koniecznych procesów dziejowych nadających sens historii, czyli de facto produkt czegoś, co jest li tylko pobożnym życzeniem naiwnych ludzi. 


A jaka jest właściwie Schopenhauerowska Prawda? 
Odpowiem aforyzmem własnego autorstwa: „Przypominamy jagnięta, które bawią się na łące, podczas gdy rzeźnik wybiera już wzrokiem jedno z nich. Nie wiemy bowiem w naszych dobrych dniach, jakie nieszczęście los teraz właśnie nam gotuje…”. Przyjemność to tylko chwilowy brak cierpienia, a dobro to chwilowy brak zła ciągle obecnego w naszym życiu. Nasz chód jest tylko stale hamowanym upadkiem, życie naszego ciała stale hamowanym umieraniem, 
a ruchliwość naszego ducha stale spychaną na bok nudą. 

 

Twierdzisz, że od egoizmu, nienawiści i konfliktów trudno uciec, bo w nich wyraża się wola, czyli to, co istnieje prawdziwie, niezależnie od naszego postrzegania, co jest, jak by to ujął twój ulubiony filozof – Immanuel Kant – rzeczą samą w sobie.
Istotnie, empiryczna rzeczywistość to reprezentacja metafizycznej woli – ślepego pędu i bezkresnego dążenia. Anonimowej i bezcelowej wszechmocnej siły, która od nikogo i niczego nie zależy, a od której zależy cały świat.

 

 

No, no, skroiłeś niezły metafizyczny horror. Ale ludzie długo nie chcieli przyjąć do wiadomości tej, zionącej grozą, wizji świata. Twoje najważniejsze dzieło, Świat jako wola i przedstawienie, w dużej mierze szło na przemiał, podczas gdy romanse twej utalentowanej, wyemancypowanej matki, Joanny Schopenhauer, sprzedawały się na pniu.
To oczywiste. Któż by chciał się dowiedzieć, że za wszystkim, począwszy od grawitacji, poprzez czynności fizjologicznie pierwotniaka pantofelka, a skończywszy na ambicjach człowieka, stoi tajemnicza siła, której nie możemy sobie uczynić poddaną i do której nie można odnieść żadnych znanych nam kryteriów, ani etycznych, ani matematycznych? Lepiej czytać romansidła będące próbą uwznioślenia zwykłej dążności do przedłużenia gatunku, za którą zgadnij, co się kryje…


…wola?
Brawo.


No a człowiek ze wszystkimi swoimi wynalazkami, techniką, handlem, przemysłem, wreszcie wzniosłą historią… Czyż to nie brzmi dumnie?
Brzmi bardzo dumnie… dla tych, którzy są głusi. Przyjmij do wiadomości, że wszystkie wasze wynalazki: smartfony, tablety iPody, telewizja HD, statki kosmiczne i diabli wie co jeszcze, to paniczna ucieczka przed bolesną nudą i pustką. To nieporadne poszukiwanie sensu i celu. Podobnie jak namolne rozpamiętywanie i świętowanie wydarzeń historycznych, mające nas oszukać, że wyszliśmy skądś i gdzieś zmierzamy. „Świat jest bankrutem, nie ma powodu cieszyć się z tego, że istnieje. Jego nieistnienie byłoby lepsze”, jak to ujął interpretator mej myśli Leszek Kołakowski.


Ten sam Kołakowski zastanawiał się jednak, czy twoje stwierdzenie, że nieistnienie świata byłoby lepsze, ma jakiś sens. Dla kogo niby miałoby być lepsze? Nie dla nas, bo nas by wtedy nie było. I nie dla kosmicznej woli, bo dla niej nic nie może być lepsze ani gorsze.
I takiego oto arcymetafizycznego klina zabiłem mistrzowi Kołakowskiemu. Sama widzisz, jak ważnym jestem filozofem, skoro moi następcy łamią sobie głowę nad tym, co powiedziałem.


Jako pojętna uczennica, której udzielił lekcji sam Schopenhauer, nie mogę się z tym zgodzić. Jesteś wszak tylko bezsensownym mikrokosmosem. A dla Kołakowskiego stanowiłeś pewnie sposób na zabicie nudy. 


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.