Rozmowa Rodiona Romanowicza Raskolnikowa, bohatera Zbrodni i kary,
z Fiodorem Dostojewskim, autorem powieści.
Rodion Romanowicz Raskolnikow: Opisałeś mnie jako nadzwyczaj przystojnego młodzieńca: ciemnego blondyna o pięknych ciemnych oczach, wzrostu więcej niż średniego, smukłego i zgrabnego. Dlaczego więc nie rzuciłeś mnie we wzburzone wody romansu, nie pchnąłeś w ramiona ponętnej niewiasty, nie wpuściłeś do alkowy? Co ci strzeliło do głowy, żeś uczynił ze mnie pospolitego mordercę?
Fiodor Dostojewski: Jako zwykły amant nie zrobiłbyś furory.
Jak to nie? Że też Blanka Lipińska, autorka 365 dni, nie żyła w twoich czasach! Już ona wytłumaczyłaby ci, jaki użytek można zrobić z mej niepospolitej urody.
Niepospolita uroda uczyniłaby z ciebie przeciętnego bohatera literackiego, gdyby nie została zestawiona z twym mrocznym, skomplikowanym wnętrzem, które zrobiło z ciebie inteligentnego eksstudenta prawa, nie takiego znów przeciętnego mordercę, jak sądzisz. Nie zapominaj, że od lat rozgryzają cię literaturoznawcy i psycholodzy, reżyserzy i aktorzy, filozofowie i antropolodzy kultury.
Może to dlatego, że wyposażyłeś mnie w swoje paskudne cechy i skłonności, w których lubią się babrać wścibscy intelektualiści? Ukształtowałeś mnie jako grzesznika oraz wiecznie zamyślonego, posępnego i antypatycznego neurotyka ze skłonnościami do cierpiętnictwa i urojeń. Wyposażyłeś nawet w ataki epilepsji, które cię nękały.
Dzięki temu wiele zyskałeś.
Raczej traciłem. Ty, wiecznie zadłużony pisarz, musiałeś sprzedawać swoje wazy i srebrne sztućce, tak że przyszło ci jeść drewnianą łyżką. Podobnie ja – mieszkałem w pokoiku wielkości trumny, chodziłem głodny, ubierałem się w łachmany i wreszcie zaniosłem do lichwiarki pierścionek i zegarek po ojcu.
Z tym że ja, w przeciwieństwie do ciebie, nie zabijałem swoich wierzycieli.
No właśnie. Ale może miałeś ochotę i zabrakło ci odwagi? Dlatego, w przypływie pisarskiej fantazji, stworzyłeś mnie i pozwoliłeś, bym zrobił użytek z siekiery i rozpłatał czaszkę lichwiarce Alonie Iwanownie.
To prawda, że przez skłonność do hazardu miałem długi i groziło mi więzienie, ale żeby zabijać, trzeba być nie lada desperatem. Czy mamy prawo zabijać kogokolwiek? Mówię to jako niedoszła ofiara. W 1849 roku za nieprawomyślną działalność polityczną skazano mnie na karę śmierci. Stałem już przed plutonem egzekucyjnym, gdy posłaniec cara przybył z ułaskawieniem zamieniającym śmierć na cztery lata syberyjskiej katorgi. Miałem wtedy 28 lat.
Zastanawiasz się, czy mamy prawo kogokolwiek zabić? Wszak moja lichwiarka była niegodziwa, skąpa i bezwzględna. Nie ja jeden życzyłem jej śmierci. Gardziła ludźmi. Kanalia spała na forsie, na którą nie zasługiwała i za którą można by zrobić mnóstwo dobrych uczynków. Tyle, że przez fatalny splot okoliczności wysłałem na tamten świat również jej Bogu ducha winną siostrę, tylko dlatego że zbyt wcześnie wróciła do domu, stając się przypadkowym świadkiem morderstwa.
Cóż, nawet najstaranniej zaplanowana zbrodnia może wymknąć się spod kontroli. Drobny wypadek przy pracy… Najważniejsze, żeś zgładził tę, jak to określałeś, plugawą, bezużyteczną i szkodliwą wesz, Alonę Iwanownę. Mimo wątpliwości podjąłeś niezależną decyzję. Stanąłeś oko w oko z wolnością, największą wartością człowieka, i dokonałeś wolnego wyboru.
Jaką tam niezależną decyzję, skoro ciągle mną manipulowałeś? W nosie mam wolność pchającą mnie do czynu, którego potem żałuję. Taka wolność to przekleństwo. Mówi się o tobie, żeś talent okrutny i rzeczywiście to prawda. Jesteś bezwzględny dla bohaterów, których stworzyłeś. Targasz ich emocjami, doprowadzasz do rozpaczy i szaleństwa, stawiasz przed dylematami, babrasz się w ich podświadomości, wygrzebując stamtąd wszystko, co najgorsze.
Oj tak, w wielkim błędzie są ci, którzy twierdzą, że pojęcie „podświadomości” wymyślił Freud. To mój pomysł, tyle że ja posługiwałem się frazą „podziemie ludzkiej psychiki”. Mówisz, że jestem okrutny? Nie zapominaj, że podczas zsyłki ja, więzień polityczny, mieszkałem razem z rozmaitej maści zwyrodnialcami. Niejedno widziałem. Przekonałem się, że człowiek ma w sobie i anioła, i bestię. Dobro i zło walczą o wpływy na terenie jego duszy. Nigdy nie jest gotowy, w pełni ukształtowany. Jego wnętrze zdaje się być chwiejne i dynamiczne, wszystko w nim pulsuje i wrze. Jest zdolny do uczynków szlachetnych i podłych. Zawsze mówiłem, że człowiek jest zbyt szeroki. Ja bym go zwęził.
Szkoda więc, że nie zabawiłeś się w krawca, krojąc moją postać, i nie uczyniłeś ze mnie bohatera prostszego, jednowymiarowego, łatwego do przeniknięcia i zrozumienia. Wybrałeś dla mnie trudną drogę: powlókł mnie diabeł, stałem się złoczyńcą. Pozwoliłeś mi uwierzyć, że nie ma wartości. Odciąłeś od moralności. Przekonałeś, że rzeczywistość została wyjałowiona z zasad, że wszystko jest płynne i pogrążone w chaosie, a ja mogę hasać swobodnie między dobrem a złem. Bóg umarł.
Hola, hola. Ostatnie zdanie to wymysł nie mój, lecz Fryderyka Nietzschego!
Jakie to ma znaczenie... Jesteście po jednych pieniądzach. Nietzsche twierdził, że od nikogo nie dowiedział się więcej o psychologii niż od ciebie. I biorąc pod uwagę przesłanie jego prac, na pewno był zafascynowany teorią zbrodni uzasadnionej, która wykluła się w twojej głowie, a rozkwitła w XX w., stając się fundamentem systemów totalitarnych.
Z tego, co pamiętam, to w twojej głowie narodziła się wzmiankowana teoria, stając się fundamentem zbrodni dokonanej na lichwiarce. Miałeś wszak przypuszczenia, że są na tym świecie ludzie lepsi i gorsi. I że ci lepsi mają prawo unicestwiać tych gorszych. Wyczyn z siekierą miał dać ci odpowiedź na pytanie, czy jesteś tym lepszym, potrafiącym przekraczać zasady moralne.
No i przeliczyłem się.
Właśnie. Bo rzuciłem ci koło ratunkowe w postaci wyrzutów sumienia, które przekształciły twoje życie w pasmo udręk i zaczęły wyrywać cię z rąk diabła. Nietzsche by tego nie zrobił. On pozwoliłby ci porzucić wszelkie cnoty i pogrążyć się w nihilizmie.
Jako jego bohater miałbym zatem o wiele łatwiejsze życie. Ale musiałem wpaść w łapy Fiodora Dostojewskiego – piątego ewangelisty, jak mówią o tobie potomni – który koniecznie musiał mnie nawrócić.
Nawróciłem nie tylko ciebie, ale i wielu czytelników moich książek, wstrząsając nimi i budząc etyczną refleksję. Nie przez przypadek wszystkie moje mieszkania, a zmieniałem je często, miały okno wychodzące na cerkiew. Jako człowiek pełen słabości chciałem czuć nieustanny kontakt z Absolutem.
No i miałeś też anioła w postaci swojej drugiej żony, o 24 lata młodszej Anny Snitkiny, której dyktowałeś swoje książki i która wprowadzała ład w życie, pielęgnując twoje emocje i ratując finanse rujnowane przez twoje częste wizyty w kasynach.
To prawda. Anna mnie uratowała, podobnie jak ciebie uratowała Sonia Marmieładowa, ta święta nierządnica, która pokłoniła się nad twoim niegodnym życiem i wskrzesiła niczym Łazarza. Zresetowała cię moralnie, towarzysząc ci podczas ośmioletniej katorgi i wprowadzając na drogę wiary.
Niektórzy twierdzą, że kiepskie to twoje zakończenie Zbrodni i kary. Naciągane. Z rasowego mordercy zrobiłeś gorliwego wyznawcę chrześcijaństwa i spaprałeś niezły kryminał.
Zawsze uważałem, że zawartość człowieka to nie tylko treści pokrętne, paskudne i niebezpieczne, ale również te przyzwoite. Ale żeby mogły się zamanifestować, potrzebna jest głęboka wiara, skok w boskość, którego, jako grzesznik, nieustannie dokonywałem i którego nie mogłem odmówić i tobie.